20:17:00

Co dobrego? - Nabla, Affect, BOHO Beauty, Hulu, Phyto Paris


Dzień dobry!  Dawno nie było Co dobrego?, właściwie dawno nie było niczego ani na blogu, ani na instagramie, więc od razu chciałabym się Wam też wytłumaczyć. 

Koniec czerwca i lipiec dały mi dość mocno popalić. Posypało mi się przede wszystkim zdrowie,  nie chcę też za bardzo wchodzić w szczegóły, ale dlatego musiałam trochę odpuścić i po prostu odpocząć. W ostatnim czasie wzięłam na siebie chyba trochę za dużo, dość mocno się to na mnie odbiło i stąd moja mała przerwa. Zdrowie było dla mnie priorytetem, ale już wszystko jest w porządku, więc wracam i mam nadzieję, że teraz będzie już dobrze. Zwłaszcza, że strasznie się już stęskniłam za Wami, za blogiem, instagramem. To moja pierwsza taka długa przerwa i brakowało mi tego wszystkiego, ale wiem też, że była mi bardzo potrzebna. 


I na tym chyba już czas skończyć zrzędzenie, ostatni czas może dał mi w kość, ale poza zdrowiem wszystko układa się u mnie całkiem nieźle. Zwłaszcza ostatnie miesiące były dla mnie dość przewrotne i to bardzo pozytywnie. 

Te z Was, które obserwują mnie głównie na instagramie, pewnie wiedzą, że pracuję w domu. Nie nadaję się na etat, nigdy nie chciałam mieć kogoś nad sobą, w takiej pracy nigdy nie czułam się dobrze i zawsze wiedziałam, że to ja chcę być dla siebie szefem. Blogowanie otworzyło mi zupełnie nowe drzwi, dało dużo więcej nowych możliwości rozwoju i oczywiście zarobku. Ten rok przyniósł wiele zmian, zaczęłam angażować się w zewnętrzne projekty, które nie dotyczą bezpośrednio tego co widzicie u mnie na blogu czy w mediach społecznościowych, ale pozwalają mi się rozwijać. Jeżeli wszystko będzie układać się tak dobrze jak do tej pory, to już niedługo mam nadzieję utrzymywać się wyłącznie z bloga, fotografii i innych projektów około blogowych. 
Wiem, że wiele samych blogerów uważa, że blog powinien być traktowany tylko jako hobby,  a zarabianie wciąż jest wielkim tabu, ale ja jestem zdania, że nie ma nic lepszego niż robić coś co się kocha i móc utrzymywać się ze swojej pasji. A to też pozwoli mi poświęcić na bloga jeszcze więcej czasu i mam nadzieję, że już niedługo zobaczycie tu trochę zmian. Chcę w końcu przenieść się na wordpressa, blog powinien wyglądać lepiej i przede wszystkim być dla Was bardziej funkcjonalny. W najbliższych planach mam też wymianę aparatu i to póki co jest dla mnie priorytetem. Z mojego starego Sony wycisnęłam już wszystko co mogłam, strasznie męczy mnie to, że obecny sprzęt już nie pozwala mi się rozwijać, a nie cierpię stać w miejscu. 

Tak więc jak widzicie ostatnio było dość kiepsko, ale patrząc szerzej na kilka miesięcy wstecz, naprawdę nie mam na co narzekać i to chyba najważniejsze. 


Wyzwanie makijażowe - Cut Crease 


Mała aktualizacja. Obecne wyzwanie miało się zakończyć 15 lipca, ale z racji tego, że sama przez problemy zdrowotne nie miałam możliwości ani zmalować nic poza makijażem rozpoczynającym wyzwanie, ani przygotować wpisu na temat cut crease, termin wydłużam do 15 sierpnia. 
Tak jak pisałam w poście rozpoczynającym wyzwanie, bardzo chciałam, żeby to poza zabawą mogło  też nauczyć czegoś nowego osoby, które z cut crease wcześniej nie miały do czynienia, a nie miałam możliwości niczego dla Was przygotować. Dlatego nie chciałabym już kończyć tego wyzwania i dać zarówno Wam, jak i sobie jeszcze trochę czasu, chociaż pojawiło się już wiele pięknych prac pod hashtagiem #missinspiruje. 

Jeżeli nie wiecie o co chodzi z moimi wyzwaniami, a chciałybyście pobawić się makijażem ze mną i innymi dziewczynami, które już wzięły udział, zapraszam Was do wpisu podlinkowanego poniżej. Tam znajdziecie wszystkie informacje i podsumowanie poprzedniego wyzwania.


>> Wyzwanie: Cut Crease + Podsumowanie wiosennego wyzwania


Ania, nie Anna


Szczerze mówiąc, nigdy nie byłam wielką fanką Ani z Zielonego Wzgórza. Coś mi świta, że jedną książkę przeczytałam, zdarzało mi się obejrzeć film, ale na pewno nie jest i nigdy nie była to moja ulubiona historia z dzieciństwa. Pewnie dlatego w ubiegłym roku do pierwszego sezonu Ani podchodziłam z małą rezerwą i nie spodziewałam się, że serial szczególnie mnie wciągnie. Do obejrzenia przekonało mnie chyba bardziej to, że jest to produkcja Netflixa, niż sama historia Ani. 
Mój brak przekonania do serialu skończył się tym, że zarówno pierwszy, jak i drugi sezon serialu wciągałam w dwa wieczory, a po wszystkim wciąż mi mało. Ostatnie czego mogłam się spodziewać, to tego, że aż tak będę przeżywać i coraz bardziej wciągać się w przygody tego małego, irytującego rudzielca. Bo Ania irytowała i to bardzo. Przynajmniej na początku, bo z czasem nie dało się jej nie polubić. 


Bates Motel


Lubicie Psychozę Alfreda Hitchcocka? Ja bardzo. Zawsze w pewnym sensie fascynowała mnie postać Normana. Zresztą, jakkolwiek to brzmi - lubię psychopatów. Dokumenty, książki o nich, o seryjnych mordercach, pochłaniam z przyjemnością, a mimo to z Bates Motel ociągałam się bardzo, bo aż pięć lat od premiery pierwszego sezonu. Gdzieś tam po drodze po prostu o serialu zapomniałam, ale większy wpływ pewnie miało to, że kompletnie nie byłam przekonana do przeniesienia całej historii do serialu. Kompletnie nie widziałam też tego, żeby ktoś inny, a nie Anthony Perkins mógł wcielić się w postać Normana. Zresztą, pamięta ktoś Psychola, gdzie postać Normana grał Vince Vaughn? Film, który scena po scenie był bardziej współczesną kopią Psychozy - co dla mnie już było kompletnie bez sensu. Vince, jakkolwiek dobrym aktorem by nie był, kompletnie z rolą Normana sobie nie poradził. Anthony i jego kreacja Normana, jego ruchy, gestykulacja, sposób mówienia, mimika, które były tak charakterystyczne dla tej postaci - były nie do podrobienia.

W końcu jednak wzięłam się za Bates Motel i przyznaję, że dawno nic mnie tak nie wciągnęło.  Niby dobrze znałam Psychozę, jakby nie patrzeć wiedziałam jak ta historia musi się skończyć, na czym powinna się opierać, a mimo to serial zaskakiwał na każdym kroku. Tu jednak trzeba przygotować się na to, że serial wierną kopią filmu nie jest, pewne zdarzenia zostały zmienione na potrzeby serialu, ale w tym przypadku było to dla mnie całkowicie naturalne. Producenci rzucili nowe, świeże spojrzenie na znaną historię i moim zdaniem wyszło świetnie.

Vera Farmiga w roli Normy Bates - rewelacja. W nią zresztą nigdy nie wątpiłam, jest świetną aktorką i nie było dla mnie zaskoczeniem, że i tu była rewelacyjna. Bardziej interesowało mnie to jak z Normanem poradzi sobie Freddie Highmore i cóż.. nie spodziewałam się, że wyjdzie aż tak dobrze. Dla mnie zrobił kawał dobrej roboty. Jego mimika, sposób mówienia, wszystko sprawiło, że naprawdę można było uwierzyć, że to młody Norman Bates. 
W każdym razie, jeżeli lubicie podobne klimaty i nie znacie jeszcze Bates Motel, koniecznie sprawdźcie. 


Boho Beauty


Boho Beauty poznałam już około dwa miesiące temu, gdy marka wysłała mi w przesyłce PR trzy pędzle i swoje gąbki. Część z Was może jeszcze pamiętać jak pokazywałam Wam paczkę na instastories i już wtedy przypuszczałam, że zobaczycie te produkty w ulubieńcach.

Gąbeczka Bohoblender jest niesamowicie mięciutka. Gdy do mnie przyszła, porównywałam Wam ją z gąbeczką Blend it, myślę, że większość z Was miała z nią do czynienia, więc to będzie dla Was dobry punkt odniesienia. I od razu mówię, że gąbki Blend it bardzo lubię, używam ich od bardzo dawna, moim zdaniem są świetne i nie mam im nic do zarzucenia. Jednak porównując obie gąbeczki, Bohoblender jest o wiele bardziej miękki i materiał, z którego jest wykonany, dla mnie jest o wiele delikatniejszy. Na zdjęciach jest przed i po zmoczeniu, prawie podwaja swoją objętość, przy pierścionkach chyba najlepiej zobaczycie różnicę w rozmiarze.
Poza tym, że jest mega miękki i świetnie rozprowadza podkład, dla mnie dużym plusem jest też to, że pomimo bardzo jasnego koloru, po tych dwóch miesiącach ledwie widać jakiekolwiek przebarwienie, a zdarza mi się też używać go przy konturowaniu na mokro dużo ciemniejszymi kosmetykami niż moje podkłady. Myje się bez problemu, nie zmienia swojego kształtu, cały czas ma taką samą formę jak na początku i po tym czasie nie widać żadnych uszkodzeń.
Mój model ma ścięty bok, ja gąbeczką zawsze nakładam też puder pod oczami i na rozszerzone pory, żeby maksymalnie je wygładzić, a taka sprawdza się przy tym idealnie. W zestawie jest też maluszek do korektora lub trudniej dostępnych miejsc, równie mięciutki i tak samo trwały.
Zestaw dwóch takich gąbeczek dostaniecie aktualnie na stronie marki w promocji za 29,90 zł. Pojedyncza duża gąbeczka lub zestaw dwóch maluszków kosztuje 19,90 zł.

Z czystym sumieniem polecam Wam wypróbować zwłaszcza, że jest bardzo tania. Ja znalazłam swojego nowego ulubieńca i na pewno będę wracać do tej gąbki. 


Ale nie tylko gąbeczka jest świetna. Pędzle zasługują na równie dużą uwagę i w tej chwili uważam, że to jedne z najlepszych tanich pędzli. Mówię tu oczywiście póki co o tych trzech, które mam, ale jestem pewna, że już niedługo ta kolekcja się powiększy. Wtedy pewnie też zrobię Wam osobny wpis na ich temat.
Boho Beauty w swojej ofercie posiada pędzle z włosiem syntetycznym, naturalnym i mieszanym, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Ja mam pędzel 215 - Blending, 212 - Over Shader i 220 - Petit Smudger. Cała trójka pochodzi z kolekcji Classic, dwa pierwsze to mieszanka naturalnego włosia kozy z syntetycznym, a trzeci to włosie kucyka. 

Tak jak w przypadku gąbeczek, tak i pędzle są bardzo mięciutkie i przyjemne. Pracuje się z nimi rewelacyjne. Ta trójka służy mi od tych dwóch miesięcy prawie przy każdym makijażu i jestem z nich naprawdę bardzo zadowolona. Włosie po tym czasie i po bardzo wielu praniach wciąż wygląda tak samo, żaden włosek nie wypadł, nic się nie odkształciło, nie ma przebarwień, choć czasami zdarza mi się sięgać po szalone i bardzo intensywne kolory. Poza tym chyba nie sądziłam, że szare trzonki aż tak mi się spodobają. Plus też za to, że numer pędzla i nazwa marki na trzonku są tłoczone, więc nic się nie wyciera.

Pędzel do blendowania 215 i pędzel do cieni 220 kosztują po 24,90 zł, a moja ulubiona malutka kuleczka 22,90 zł. Za tę cenę pędzle mają naprawdę świetną jakość i jeśli nie chcecie dużo wydawać na pędzle, to koniecznie na nie zerknijcie. Póki co marka oferuje 13 modeli pędzli, ale mam nadzieję, że kolekcja będzie się powiększać. 


Hulu 


Jeśli już jesteśmy przy pędzlach, to nie mogłabym nie wspomnieć o Hulu. Tu się rozpisywać dużo nie będę, wszystkie modele, które mam, pokazywałam Wam w poście z nowościami z Drogerii Pigment, a efekty pracy nimi zobaczycie w poście z trzema makijażami krok po kroku, gdzie używałam tylko ich. Oba wpisy podlinkuję Wam niżej, więc koniecznie zajrzyjcie. 
O Hulu na pewno pojawi się też osobny post, również czekam na to, żeby trochę powiększyć swoją kolekcję i napisać Wam o większej ilości pędzli. Póki co powiem tylko, że tak jak w przypadku Boho Beauty, pędzle Hulu to jedne z najlepszych tanich pędzli jakie miałam. Są bardzo miękkie, włosie absolutnie nie wypada, nie odkształca się i pracuje się nimi świetnie. Tu też w ofercie znajdziecie zarówno naturalne, jak i syntetyczne pędzle, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Ceny pędzli do oczu wahają się w granicach około 12 - 19 złotych, a te do twarzy około 20 - 30 złotych. Jakość moim zdaniem ceny przewyższa. 

Pędzlem, na który powinnyście zwrócić szczególną uwagę, to skośnie ścięty pędzelek do brwi P44. Jestem w nim kompletnie zakochana, jest ultra cieniutki i precyzyjny, odpowiednio ścięty i na ten moment to chyba najlepszy pędzel do brwi jaki miałam. Do tego kosztuje zaledwie 12 złotych.





PHYTO Paris - Phytopolleine


Jakiś czas temu pisałam o całej linii kosmetyków przeciw wypadaniu włosów marki Phyto Paris. Dodatkiem do kuracji był ten niepozorny maluszek - eliksir stymulujący skórę głowy na bazie naturalnych olejków eterycznych. Eliksir ma przywracać równowagę skórze głowy, poprawiać mikrokrążenie i oczyszczać. Stosuję go już od marca około dwa razy w tygodniu, to moja druga buteleczka i pewnie nie będzie ostatnia. Skóra głowy rzeczywiście wydaje się o wiele lepiej odświeżona i czysta, a włosy po myciu są lepiej uniesione przy nasadzie. Raz na jakiś czas wciąż robię dokładniejszy peeling mechaniczny, ale w między czasie ten kosmetyk sprawdza się u mnie świetnie. 
Więcej o nim możecie przeczytać w poście o kuracji linią Phytologist 15. 




Nabla - Soul Blooming & Bronzer Gotham


Jeśli obserwujecie mnie też na instagramie, nie powinno Was dziwić, że ta paleta trafia do ulubieńców. Zakochałam się w niej już, gdy Nabla zapowiedziała premierę, kupiłam ją od razu i absolutnie się nie zawiodłam. Uwielbiam kolory w tej palecie, pigmentacja i jakość cieni jest bardzo dobra, a pracuje się z nią łatwo i przyjemnie. Poza tym odcienie idealnie pasują mi teraz na lato, więc to paleta, po którą sięgam na codzień najcześciej.
Już niedługo napiszę Wam o niej obszerniejszy post, głównie będzie skupiać się na makijażu, żebyście mogły zobaczyć paletę w akcji. W poście będzie też druga paleta Nabli Dreamy, zrobię małe porównanie i pokażę Wam makijaże obiema, gdybyście jeszcze wahały się nad tym, którą wybrać.

Natomiast jeśli chodzi o bronzer Gotham, to również była miłość od pierwszego użycia. Mam bardzo jasną karnację, nie tak łatwo znaleźć mi bronzer, który nie będzie zbyt ciemny, zbyt ciepły i zbyt intensywny, żebym mogła używać go lekką ręką i nie martwić się o to, że skończę z plamami na twarzy. Gotham to must have dla bladziochów. To chyba pierwszy bronzer, w którym mogę bez problemu stopniować jego intensywność, a nie uważać na to, żeby nie nałożyć go za dużo. To jak wygląda na twarzy również możecie zobaczyć w poście z paletą Affect, więc tam Was zapraszam po więcej. 


>> Affect, Pure Passion + Trio do konturowania Nabla - Trzy makijaże krok po kroku


Affect - Pure Passion 


Tę paletę mogłyście już zobaczyć na blogu już jakiś czas temu. Pokazywałam Wam trzy makijaże krok po kroku, już wtedy mówiłam, że tę paletę uwielbiam i z czasem polubiłyśmy się tylko bardziej. Pigmentacja jest rewelacyjna, świetnie się z nią pracuje, cienie blendują się jak marzenie i nie ma mowy o utracie intensywności kolorów.
Wiem, że z racji opakowania wiele osób porównuje palety Affect do Zoevy. Powiem Wam tak, palety Zoevy mam dwie - Cocoa Blend i En Taupe. Szczerze mówiąc nie pamiętam kiedy ostatnio po nie sięgnęłam. I nie chodzi tu o to, że palety są złe, nie są, choć En Taupe zawiodła mnie dość mocno. Jednak jeśli miałabym porównywać palety obu marek pod względem jakości i komfortu pracy, Affect  zdecydowanie wygrywa.


>> Affect, Pure Passion + Trio do konturowania Nabla - Trzy makijaże krok po kroku

>> Dlaczego nie używam palety En Taupe od Zoeva? 


Miałyście już okazję wypróbować coś z moich ostatnich ulubieńców? Jeśli tak dajcie znać albo napiszcie co najbardziej Was zainteresowało. I jeśli też lubicie i oglądacie seriale, będę wdzięczna za polecenia czegoś nowego do obejrzenia ;)


                           


Copyright © 2017 Miss Lilith