Makijażowe wyzwanie wiosenne + Podsumowanie Disneya

20:53:00

Makijażowe wyzwanie wiosenne + Podsumowanie Disneya


Długo kazałam Wam czekać na nowe wyzwanie. Wybaczcie. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko o nim nie zapomniałyście i w nowym również weźmiecie udział. 
Długo też myślałam nad tematem i mam kilka pomysłów, ale ostatnio pogoda była taka piękna, że mimo wszystko musiałam powtórzyć wiosenny temat. Wiosna to moja ulubiona pora roku, uwielbiam patrzeć jak wszystko kwitnie, robi się kolorowo, a inspirację do makijażu możemy znaleźć wszędzie. 

Poza tym pamiętam zeszłoroczne wyzwanie wiosenne i naprawdę chciałabym znów zobaczyć tyle kwiatów, kolorów i pomysłów, na które sama nigdy bym nie wpadła. 



Tradycyjnie małe przypomnienie zasad, dla tych z Was, które są tu pierwszy raz.

Zasad nie ma ;) Hulaj dusza, piekła nie ma! W żaden sposób nigdy nie miałam i nie będę mieć zamiaru ingerować w Wasze pomysły i w Waszą kreatywność. Sztywne zasady zawsze zabijają część naszej kreatywności, a ja nie wiem co Wam w duszy gra, więc dlaczego mam Was ograniczać.

Makijaż wykonany na wyzwanie ma być w temacie wiosny i nic więcej mnie nie interesuje. Może być całkowicie użytkowy, szalony i artystyczny (do tych namawiam szczególnie ;), może to być charakteryzacja, makijaż oka, lip art, face painting i tak dalej, i tak dalej. Tym razem uznałam, że możecie też zrobić face chart, jeżeli nie czujecie się jeszcze dość pewnie, żeby publikować makijaże na sobie. Może akurat ktoś inny się nim zainspiruje. Róbcie co chcecie, byle zgadzało się z tematem. Wiosna jest pełna inspiracji, na pewno znajdziecie ich wiele, a ja mam tylko nadzieję, że będzie kolorowo.

I kolejna sprawa, która dla mnie była, jest i będzie najważniejsza. Mam gdzieś czy to Was pierwszy w życiu makijaż, czy urodziłyście się z pędzlem w ręce. Każda praca jest tak samo ważna, każda jest wyjątkowa, każda ma w sobie to coś i część Was, każda bez wyjątku jest inspirująca. W wyzwaniach nikt nigdy nie będzie oceniany, nigdy nie pojawi się żadna forma rywalizacji, nigdy nie będzie dzielenia prac na lepsze i gorsze. Wszystkie jesteśmy równe, bawimy się wspólnie i zawsze najbardziej zależało mi na tym, żeby każda z Was czuła się tu dobrze. To tylko zabawa i chcę, żeby makijażem mógł bawić się każdy kto ma na to ochotę bez obawy o to, że zostanie oceniony. To nie umiejętności się liczą, a Wasz pomysł i kreatywność.


O to w tym wszystkim chodzi, mamy się dobrze razem bawić, poznawać się i tworzyć po prostu fajną społeczność o podobnych zainteresowaniach. Tym bardziej zachęcam Was, żebyście czasami same zajrzały pod hashtag #missinspiruje i odwiedziły pozostałe osoby, biorące udział w wyzwaniu. Wiem, że w ten sposób wiele z Was się poznało, znalazło nowe ciekawe konta i to najlepszy efekt tych wyzwań ;)





JAK DOŁĄCZYĆ DO WYZWANIA?




Swoje prace musicie udostępnić na swoim instagramie i dodać hashtag #MISSINSPIRUJE, żebym mogła Was znaleźć. 

Napiszcie w opisie co zainspirowało Was do stworzenia makijażu.

Wspomnijcie proszę chociaż w dwóch słowach, że to makijaż na wyzwanie, pod tym hastagiem pojawiają się też zdjęcia, które nie są z nim związane i te dwa słowa po prostu bardzo ułatwią mi życie przy zbieraniu Waszych prac do podsumowania. 

Możecie również oznaczyć mój profil @misslilith na zdjęciu, wtedy mogę szybciej reagować na Wasze prace, bo w profilu pojawia mi się dodatkowe powiadomienie o oznaczeniu. 

Jeżeli macie konto prywatne, a mimo to chcecie dołączyć do wyzwania i pojawić się w podsumowaniu na blogu, możecie też przesłać mi zdjęcie w prywatnej wiadomości. 

Będzie mi także bardzo miło, jeśli informację o wyzwaniu udostępnicie na swoim instastories, może akurat ktoś z Waszych znajomych o nim nie słyszał, a również będzie chciał się z nami pobawić ;)

Wszystkie Wasze makijaże jak zawsze będą udostępnione na moim instastories, a po zakończeniu wyzwania pojawi się podsumowanie na blogu. 

Jeżeli nie chcecie, żeby Wasza praca była udostępniona, dajcie mi znać w wiadomości. Tak samo krzyczcie jeżeli zobaczycie, że udostępniłam inne prace, a jakimś cudem przypadkiem pominęłam Waszą. 


Wyzwanie wiosenne będzie trwać do 19.05.2019


 


Baardzo Wam wszystkim dziękuję za udział! Jak zwykle pokazałyście mnóstwo kreatywności, samam znalazłam masę inspiracji na swoje kolejne makijaże i mam nadzieję, że tworząc swoje makijaże, bawiłyście się chociaż w połowie tak dobrze jak ja, gdy je oglądałam. Mam nadzieję, że Wasze makijaże zobaczę też w nowym wyzwaniu.

Instagramy wszystkich znajdziecie oczywiście podlinkowane niżej, zajrzyjcie koniecznie!


@barbrafeszyn          @povabmakeup          @eve_the_glitter_queen          @by.anjaa          

@blueberry.place          @princess.malpka          @chmielova          @na_drugie_mi_proznosc

@sultry.vanilla          @blog_ciagleszukamsiebie          @glasses_pink          @mazgoo.pl

@czarna_kredka          @in_beauty_makeup          @wojcik__monika          @heksabella 

@pamnowa          @agada88          @xx19janettt92xx          @makeupbymyke          

@jolin.folin          @mani_make_up_art          @fasonati          



To co? Kto zmaluje też coś wiosennego w nowym wyzwaniu? 


Nowości w pielęgnacji twarzy - Clochee, Lynia, D'Alchemy, EO Lab + Nowe gąbeczki Hulu

14:33:00

Nowości w pielęgnacji twarzy - Clochee, Lynia, D'Alchemy, EO Lab + Nowe gąbeczki Hulu


Nieczęsto wprowadzam zmiany w pielęgnacji. Poza produktami dodatkowymi, którymi ją wzbogacam, trzymam się swoich ulubionych kosmetyków i nigdy nie rozumiem używania co miesiąc (a w niektórych przypadkach nawet częściej) nowego kremu do twarzy. 

Z tego powodu od dawna rzadko widzicie u mnie posty pielęgnacyjne, wiele się u mnie nie zmienia, ale Drogeria Pigment zrobiła mi jakiś czas temu niespodziankę i z większością produktów trafili tak dobrze, że musiałam Wam to pokazać. 

Po pierwsze znalazły się tu marki, których ciekawa byłam od dawna czyli Clochee i D'Alchemie. Wy też na pewno nie raz i nie dwa natknęłyście się na świetne recenzje ich produktów, ja też i chciałam w końcu sprawdzić coś na sobie. Jest też marka Lynia, której nawet nie za bardzo kojarzyłam, a od razu trafiła do mnie z ulubieńcem. A na koniec chciałam Wam jeszcze pokazać nowe gąbeczki Hulu, które przysłała mi już marka, ale od niedawna znajdziecie je też w Pigmencie. 

EO Laboratorie - Odmładzająca pianka do twarzy, Lynia - Tonik żelowy, złuszczająco rozjaśniający blog recenzja

EO Laboratorie - Odmładzająca pianka do twarzy


Tę piankę kupiłam sama kilka tygodni temu, szukając czegoś naturalnego i łagodnego do mycia twarzy. Dobre oczyszczanie i demakijaż są dla mnie ultra ważne, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że malując głównie do zdjęć, nakładam więcej makijażu, wygładzające bazy, mocniej kryjące produkty i więcej warstw niż malując się na co dzień. Jednak zwracam też dużą na to, żeby oczyszczanie i demakijaż były dokładne, ale kilkuetapowe i jak najbardziej delikatne dla skóry. 
Ta pianka pod tym względem sprawdziła mi się bardzo dobrze. Bez problemu domywa oleje, płyn micelarny i resztki makijażu, nie przesuszając i nie ściągając przy tym skóry. Do tego pięknie pachnie i jest bardzo tania, więc jeśli nie wpadnie mi do głowy coś innego do przetestowania, chętnie będę do niej wracać. 

Cena: 21,99 zł



Lynia - Tonik żelowy, złuszczająco - rozjaśniający 


Słyszałyście wcześniej o tej marce? Ja kompletnie nie miałam o niej pojęcia i bardzo żałuję, bo od razu trafiłam na ulubieńca. 
Moja pielęgnacja bez toników i hydrolatów nie istnieje. Wiem, że bardzo wiele osób umniejsza znaczenie toników i traktuje je jak zbędny krok, ale one naprawdę robią różnicę. Mam cerę mieszaną, co prawda bardziej w kierunku suchej, szybko się odwadnia, jednocześnie będąc bardzo podatną na zanieczyszczenie, powstawanie zaskórników, a z rozszerzonymi porami walczę odkąd pamiętam. 
Nie musiałam długo czekać na efekty. Pory się zwęziły, skóra szybko się oczyściła, po miesiącu jest już wyraźnie gładsza, przebarwienia się rozjaśniły, wyraźnie wspomaga też utrzymanie dobrego nawilżenia skóry. Pomimo złuszczających właściwości nie przesuszył mi skóry, chociaż zdarzało mi się go stosować dwa razy dziennie, za to pozbyłam się suchych skórek na nosie, z którymi miałam problem po kilku tygodniach choroby. 
Bardzo spodobała mi się też jego konsystencja. Nie nazwałabym go żelowym, ale rzeczywiście jest odrobinę gęstszy niż typowo wodniste toniki. Na tyle gęstszy, żebym spokojnie utrzymała go w zagłębieniu dłoni przed nałożeniem. Po waciki sięgam tylko raz na jakiś czas, po bardzo ciężkim makijażu, kiedy chcę mieć pewność, że skóra będzie dokładnie oczyszczona. Na co dzień szkoda mi marnować produktu, który zostaje na waciku, a ten tonik wklepuje się palcami bardzo wygodnie.

Trochę się rozejrzałam i znalazłam wiele innych ciekawych produktów marki, więc teraz z racji promocji w drogerii Pigment na pewno skuszę się jeszcze na tonik nawilżający lub anti-aging, po który będę sięgać na dzień i zrobię zapas tego, bo na pewno zostanie stałym punktem wieczornej pielęgnacji. 


Cena: 35,99 zł 
do 14.04 - 28%  25,91 zł


D'Alchemy - Natural Micro-dermabrasion Peel blog opinie
D'Alchemy - Natural Micro-dermabrasion Peel blog opinie

D'Alchemy - Natural Micro-dermabrasion Peel 


D'Alchemy to jedna z marek, których byłam bardzo ciekawa po wielu pozytywnych opiniach. To mój pierwszy produkt i już chcę więcej. Chociaż częściej sięgam po peelingi enzymatyczne, czasami lubię trochę mocniej złuszczyć i oczyścić skórę. Ten peeling wypadł pod tym względem naprawdę dobrze, świetnie wygładził cerę, a do tego wciąż jest dość delikatny. 
Peeling jest na bazie białej glinki, którą bardzo lubię, zawiera mnóstwo roślinnych ekstraktów, hydrolaty, odrobinę olejów, a środkiem złuszczającym jest łagodny puder ryżowy. Niżej podlinkowałam Wam go w Pigmencie, koniecznie zerknijcie na ten skład. 

Opakowanie zawiera tylko 50 ml produktu i widząc je pierwszy raz, byłam przekonana, że nie wystarczy na zbyt długo, ale w moim przypadku, gdzie potrzebuję tylko lekkiego peelingu, ilość jaką widzicie wyżej na zdjęciu, wystarczyłaby mi bez problemu na twarz i szyję. Do tego mi w zupełności wystarcza stosowanie go raz na dwa tygodnie, zwłaszcza teraz przy złuszczającym toniku Lynia. 

Cena: 109 zł


Clochee - Intensywnie regenerujący krem - maska pod oczy blog opinie

Clochee - Intensywnie regenerujący krem - maska pod oczy 


Gdzie byłeś całe moje życie? Nieczęsto trafiam na produkty, w których zakochuję od pierwszego użycia. Jednak, jeżeli po użyciu kremu, nie mogę przestać dotykać okolicy pod oczami, to coś znaczy. O marce Clochee słyszałam już bardzo wiele dobrego, widziałam jak dziewczyny, których opiniom ufam, zachwalały ich produkty, a teraz w końcu wiem dlaczego. 

Zwracam dużą uwagę na pielęgnację tej okolicy, wiecie jakie robię zbliżenia na makijaż oka, a im lepiej nawilżona skóra, tym lepiej wyglądają.
Ja na szczęście nie mogę narzekać na skórę pod oczami. Nie przesusza się, jest gładka, nie mam wyraźnych zmarszczek ani problemu z zasinieniami. Mimo to ten krem pokazał mi, że może być jeszcze lepiej. Używam go od miesiąca, a skóra jest o wiele lepiej nawilżona, odżywiona i napięta,  a efekt nie utrzymuje się wyłącznie do mycia twarzy. Zwykle potrzebuję więcej czasu, żeby ocenić kosmetyki pielęgnacyjne, ale ten zachwyca od pierwszego użycia.

To co jest dla mnie również bardzo ważne, to w jaki sposób krem zachowuje się pod makijażem. To odżywcza i treściwa maska, świetnie sprawdzi się zwłaszcza na noc, ale ja właśnie takie produkty używam przed zdjęciami makijażu oka. Nawet grubsza warstwa wchłania się bardzo dobrze, podkład i korektor się nie ślizgają i utrzymują świetnie. 

Wiem, że krem nie jest najtańszy, ale moim zdaniem wart swojej ceny. Kosmetyk jest naturalny, wegański, polskiej marki, u mnie działa cuda i na pewno będę do niego wracać. 

Cena: 129 zł


Clochee - Nawilżająca maska z glinką czerwoną blog opinie

Clochee - Nawilżająca maska z glinką czerwoną


Przyznam, że po genialnych efektach kremu pod oczy, tutaj automatycznie spodziewałam się czegoś więcej. Absolutnie nie jest zła, dość dobrze nawilża, lekko napina skórę i przy okazji oczyszcza, ale bez zachwytu. Po części może też dlatego, że ja zazwyczaj glinkowe maseczki robię sama i podobny efekt mogę uzyskać mieszanką z hydrolatem, olejami czy kwasem hialuronowym. Za taką cenę wolałabym kupić jedną czy dwie maski w płachcie, które u mnie pod względem nawodnienia i nawilżenia skóry nie mają sobie równych. Ta jest w porządku, działa dobrze i spokojnie możecie się skusić jeśli wolicie gotowce i nie lubicie albo nie macie czasu na przygotowywanie glinek samodzielnie.

Cena: 17 zł

>> Clochee - Drogeria Pigment

Lynia - Eliksir pod oczy z olejem z zielonej kawy i pestek śliwki blog opinie

Lynia - Eliksir pod oczy z olejem z zielonej kawy i pestek śliwki 


Przyznaję, że tego produktu używałam mniej. Nie dlatego, że coś z nim nie tak, nie sprawdził mi się czy go nie polubiłam, ale tak odruchowo sięgałam po krem Clochee, że ten eliksir po prostu spadł na drugi plan. Najczęściej używałam go odrobinę na tamten, na noc, bardziej jako zamknięcie pielęgnacji i faktycznie to połączenie działało jeszcze lepiej. Skóra rano była świetnie nawilżona, napięta i wygładzona. Na pewno będę sprawdzać go też dłużej solo, teraz miałam po prostu zbyt mało czasu na dwa produkty do pielęgnacji oczu, ale wypatrujcie w innych postach albo na instagramie, na pewno dam Wam znać jak będzie się sprawdzać. 

Eliksir ma wodnistą i lekko tłustą konsystencję z racji zawartości m.in. oleju z zielonej kawy i pestek śliwki. Nie do końca pasuje mi tu pipeta, łatwo nabrać go zbyt wiele, a zwykle tylko delikatnie ocieram pipetkę, nawet jej nie naciskając. Wydaje mi się, że przy tej konsystencji i odrobinie jaka potrzebna jest pod oczy, lepiej wypadłby buteleczka z plastikową zatyczką z kroplomierzem, jak przy niektórych olejach. Mała kropla w zupełności wystarcza pod oczy, nakładając zbyt wiele. po chwili miałam nieco zamglony wzrok. 
Jednak nałożony z umiarem i delikatnie wklepany, wchłania się bardzo dobrze, pomimo zawartości olejów. Zdarzało mi się też używać go przed makijażem oczu i na dzień, a kosmetyki kolorowe utrzymywały się bez zarzutu. 

Cena - 30,99 zł 
do 14.04 22,31 zł



Gąbeczki do makijażu Hulu blog opinie

Gąbeczki Hulu


Jeżeli obserwujecie mnie już od jakiegoś czasu, pewnie dobrze wiecie, że uwielbiam markę Hulu. Na moim instagramie znajdziecie może kilka makijaży, w których nie brały udziału ich pędzle, a teraz do sprzedaży weszły również ich gąbeczki. I to nie byle jakie, bo w zależności od koloru, możecie dobrać stopień sprężystości, jaki odpowiada Wam najbardziej.

Hulu znowu mnie nie zawodzi. Gąbeczki są bardzo mięciutkie, sprężystość poszczególnych kolorów rzeczywiście lekko się różni, ale mi ciężko byłoby wybrać ulubioną. Bardzo rosną pod wpływem wody, świetnie rozprowadzają produkty, bez problemu się domywają i powiem tylko tyle, że bardzo się cieszę, że mam ich mały zapas.
Nie wiem jeszcze tylko jak z trwałością, ale to już  dam Wam znać za jakiś czas na instagramie.

Cena: 21,99 zł

>> Hulu - Drogeria Pigment

>> Hulu - Najlepsze tanie pędzle do makijażu? 

Gąbeczki do makijażu Hulu blog opinie
Gąbeczki do makijażu Hulu blog opinie


Miałyście okazję poznać któryś z tych produktów? A może znacie inne tych marek, które koniecznie powinnam jeszcze przetestować? 


Palety cieni Affect - Pure Passion, Evening Mood, Party All Night, Smoky and Shiny + Konkurs

18:59:00

Palety cieni Affect - Pure Passion, Evening Mood, Party All Night, Smoky and Shiny + Konkurs


Palet cieni nigdy dosyć, prawda? Zwłaszcza kolorowych, ciekawych i dobrej jakości, z którymi pracuje się z przyjemnością. Dziś chciałam Wam pokazać cztery takie palety polskiej marki Affect i już jestem ciekawa czy Wam spodobają się tak samo jak mi. 

Pure Passion jest ze mną już od około pół roku i to jedna z palet, po które sięgam zdecydowanie najczęściej. Niedawno dzięki Drogerii Pigment dołączyły do mnie kolejne trzy, równie dobre jakościowo i do tego w boskich kolorach, więc podejrzewam, że będą mi służyć tak samo często. Poza nimi mam jeszcze Provocation, czyli moją pierwszą paletę Affect, jednak nie pokazuję jej tutaj z tego względu, że jest już tak zużyta, że to nie miałoby sensu. 
W sumie palet sprawdziłam pięć i Affect robi to naprawdę dobrze za rozsądną cenę. Ja osobiście mam ochotę na więcej i mam nadzieję, że marka niedługo znowu zaskoczy jakąś paletą. 



Jakość, trwałość i pigmentacja 


Nie chciałabym się powtarzać przy każdej palecie, ponieważ pod tymi względami palety się dla mnie nie różnią i bez sensu będzie pisanie tego samego kilka razy. Affect swoimi paletami pokazało naprawdę bardzo dobrą jakość, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich cenę. 

Cienie matowe mają świetną pigmentację, pracuje się z nimi bardzo przyjemnie, blendują się z łatwością, każdy kolor zostaje na swoim miejscu i nawet łącząc ich ze sobą więcej, nie zdarzyła mi się sytuacja, żeby któryś z cieni zanikał przy rozcieraniu czy powstawała jedna, bliżej nieokreślona plama na powiece. Znaczna większość makijaży, które u mnie widzicie, jest malowana na mokrej bazie/korektorze i nawet w ten sposób maty Affect nie sprawiają mi problemów z blendowaniem. 

Maty są dość suche, lekko się pylą przy dotknięciu ich pędzlem w palecie, ale to nie jest ani nic dziwnego, ani tym bardziej złego przy matowych cieniach, zwłaszcza o takim pigmencie. Jednak wspominam, bo z tego co obserwuje po recenzjach niekoniecznie akurat tych palet, sporo osób z jakiegoś powodu zwraca na to uwagę. 
Nie zauważyłam natomiast, żeby cienie jakoś szczególnie osypywały się już przy nakładaniu na powiekę. Nakładając większą ilość coś się osypie, ale ja sobie na to po prostu świadomie pozwalam, bo oko maluję najpierw i oczyszczenie obszaru pod okiem nie jest żadnym problemem. Jednak malując "delikatniej", otrzepując lekko pędzel z nadmiaru cienia, nic nie powinno się osypywać. Jeśli sięgacie po ciemniejsze kolory, zawsze możecie też nałożyć pod oko odrobinę pudru i po skończonym makijażu wszystko usunąć. W każdym razie palety nie osypują się tak, żeby to mogło być problematyczne. 

Błyskotki, czyli to co lubimy najbardziej, prawda? No.. przynajmniej ja. W paletach Affect znajdziemy cienie foliowe, duochromy, cienie satynowe i perłowe z drobinkami. Wszystkie o delikatnie wilgotnej formule, która bardzo dobrze nakłada się zarówno płaskimi syntetycznymi pędzlami, jak i palcami. Równie dobrze napigmentowane, równomiernie się nakładają, nie zostawiają prześwitów. Świetnie wyglądają nałożone bezpośrednio na bazę i jako dodatek na matach, bardzo dobrze się ze sobą łączą. 

Trwałości również nie mam nic do zarzucenia. Najdłużej testowałam oczywiście Pure Passion, reszta jest dość nowa, ale zdążyłam kilka razy je ponosić i zarówno na bazie, jak i korektorze były w nienaruszonym stanie przez wiele godzin. 




Opakowanie

Bardzo lubię tego typu palety. Kartonowe, płaskie palety są bardzo lekkie i nie zajmują wiele miejsca, a to dla mnie duży plus. O ile bardzo lubię ciekawe i piękne opakowania kosmetyków, tak pod praktycznym względem jednak forma Affect bardzo mi odpowiada. Dla mnie też nie jest problemem brak lusterka i tak nigdy z nich nie korzystam, ale wiem, że dla wielu osób to może być minus. 
Jednak z drugiej strony, nawet gdybym go nie używała, chyba wolałabym, żeby w miejscu napisów znalazło się lusterko. Jakby rozumiem ich zamysł, ale jak dla mnie nie jest to ani potrzebne, ani nie dodaje palecie urody. Wyglądałoby to o wiele lepiej, gdyby w tym miejscu również była nadrukowana grafika z zewnętrznej strony. 

Nieco przeszkadza mi w nich też tylko to, że bardzo łatwo się brudzą, ale już nie jest tak łatwo je całkowicie wyczyścić. Oczywiście nie jest to niemożliwe, ale można się nastawić na to, że po dłuższym czasie i częstym użytkowaniu palety, nie będzie już wyglądała tak dobrze jak nowa. 


Cena i dostępność 

Markę Affect znajdziecie oczywiście w moim kochanym Pigmencie i kilku innych drogeriach internetowych. Te z Was, które są z Krakowa i okolic mają po prostu tyle szczęścia, że Pigment ma Affect także stacjonarnie i spokojnie można zerknąć na testery przed zakupem. 

Palety w cenie regularnej kosztują 97,99 zł, ale polecam Wam obserwować Pigment na instagramie lub facebooku, bo co jakiś czas pojawiają się duże obniżki albo na całą markę Affect, albo właśnie na palety i można je upolować za około 70 złotych. Za taką jakość, to naprawdę niewielka cena. 



Affect - Evening Mood

To dopiero kolory, co? Trzy przeeboskie błyskotki - różowy duochrom opalizujący na fiolet, na swatchu nie do końca udało mi się do uchwycić, ale na żywo pod różnymi kątami wygląda naprawdę pięknie, a do tego cudna jasna zieleń i intensywny pomarańcz, opalizujące na złoto. Takie kolory pewnie nie każdemu przypadną do gustu, ale przecież nie trzeba używać ich dużo, prawda? W lżejszej wersji świetnie sprawdzą się tylko do lekkiego kolorystycznego akcentu i ożywienia makijażu.
Bardzo spodobała mi się ta kompozycja. Jest coś żywszego, są też maty, którymi spokojnie można zmalować bardziej stonowany, ale jednak wciąż ciekawy makijaż. Na ten, który zrobiłam aż tak nie patrzcie, tak samo jak przy innych chciałam Wam pokazać możliwie dużo kolorów, tego jak się łączą i ze sobą współgrają, ale zajrzyjcie do mnie na instagram, na pewno będą pojawiać się też bardziej użytkowe makijaże z użyciem tej palety. 





Affect - Smoky & Shiny


Ciężko byłoby mi wybrać jedną ulubioną paletę z tej czwórki, ale minimalnie na prowadzenie wysuwa się u mnie właśnie ta. Nie pod względem jakości, bo tak jak już wspominałam wszystkie jakościowo są świetne, ale ta jest taka najbardziej "moja".

Pięć cieni matowych i pięć błyskotek pozwala stworzyć piękne i ciekawe smokey eye. Foliowe cienie dają piękne metaliczne wykończenie i świetnie komponują się z matami.
Jest jasny i neutralny brąz, który świetnie sprawdzi się jako cień transferowy przy mocniejszym makijażu ale również jako podstawowy, jeżeli sięgniemy po paletę do lżejszego, dziennego makijażu. Nie zawiodła mnie również czerń. Affect naprawdę robi to dobrze i czarny cień jest naprawdę czarny, a nie szarawy jak to się zdarza w wielu paletach czy pojedynczych cieniach. 
Kompozycja kolorów ogromnie mi się podoba, o jakości już pisałam na początku i tutaj nic się nie zmieniło, więc ta paleta na pewno będzie często gościć na moich oczach.






Affect - Party All Night


Imprezowa paleta? Nazwa jak najbardziej pasuje do zawartości. Ciekawe kolory i mieszanka cieni matowych, foliowych i perłowych na pewno pozwoli stworzyć szalony makijaż. Może niekoniecznie tak szalony jak mój poniżej, ale kolory w palecie tak mi się spodobały, że uznałam, że jakoś wcisnę w makijaż wszystkie.

Znalazł się tu też bardzo ciekawy cień. Fiolet PN-10, który na swatchu wygląda niemal matowo, na żywo tylko pod pewnymi kątami padania światła wygląda na delikatnie satynowy, ale formułą przypomina cienie foliowe czy perłowe z palet Affect. Ciekawy, piękny, intensywny, blenduje się tak samo dobrze jak maty, a na mokrej bazie nawet nieco łatwiej. Bardzo chętnie przygarnęłabym takich więcej w innych kolorach.
Nie da się też nie zwrócić uwagi na tak intensywny turkus i limonkę. Te kolory zdecydowanie wybijają się na główny plan w palecie i na pewno nie raz pojawią się w wiosennych makijażach.

Party all Nigdy traktowałabym jednak jako paletę uzupełniającą. O ile pozostałe trzy są dla mnie całkowicie samowystarczalne, tak tutaj czegoś mi jednak brakuje. Natomiast moim zdaniem świetnie będzie się komponować z Evening Mood. Kolory są w podobnych tonacjach, maty i błyskotki fajnie się dopełniają. Póki co malowałam używając każdej palety osobno, ale niedługo na pewno Wam pokażę jak się ze sobą łączą.




Affect - Pure Passion 


O tej palecie słyszał już chyba każdy. A przynajmniej każdy powinien, bo jest naprawdę rewelacyjna. Neutralne kolory, osiem matów, dwie błyskotki i genialna pigmentacja. To jedna z tych palet, które moim zdaniem naprawdę warto mieć. Kolorystyka nie jest ani zbyt ciepła, ani chłodna, będzie pasować do większości typów urody. Ode mnie też wielki plus za rewelacyjny czarny cień. Jest genialnie napigmentowany i naprawdę intensywnie czarny, przyda się zarówno do mocniejszego makijażu, ale można go także wykorzystać do kreski lub delikatniejszego przyciemnienia i zagęszczenia linii rzęs.
Idealna kompozycja do eleganckich makijaży okazjonalnych i ślubnych, dobrze sprawdzi się na co dzień i do mocniejszych, wieczorowych makijaży. Będzie też świetną bazą do innych, bardziej kolorowych palet.
Uwielbiam ją, sięgam po nią bardzo często i jeśli Wy też szukacie bardziej uniwersalnej palety, koniecznie zwróćcie na nią uwagę. Stosunek ceny do jakości jest rewelacyjny.

>> Affect Pure Passion - Trzy makijaże krok po kroku 





KONKURS

Jeszcze do północy 15.01 na instagramie aż trzy osoby mogą wygrać wybraną przez siebie paletę Affect w moim konkursie organizowanym z Drogerią Pigment. Do wyboru jest sześć palet, poza tymi, które Wam pokazałam, możecie wybrać jeszcze neutralną i matową Naturally Mat i delikatną Nude by Day. 
Zasady są bardzo proste, wystarczy tylko jeśli odpowiecie na jedno pytanie, więc zapraszam jeśli któraś paleta Was zainteresowała ;) 




Która paleta podoba się Wam najbardziej? Miałyście już okazję przetestować kosmetyki Affect?



Sylwestrowe smokey eye w dwóch wersjach krok po kroku

15:35:00

Sylwestrowe smokey eye w dwóch wersjach krok po kroku


Uwielbiam smokey eye. Od zawsze kochałam ciemne oczy i czarny cień, choć biorąc pod uwagę, że zaczęłam się malować bardzo wcześnie, jeszcze w czasach kiedy królował obrys czarną kredką, a dolna powieka totalnie nie istniała, bardzo się cieszę, że nigdy nie lubiłam zdjęć i nie ma zbyt wielu dowodów moich makijażowych zbrodni.  

Czasy się zmieniły, moje upodobania niekoniecznie, a sylwester to idealna okazja do tego, żeby zrobić mocniejsze i bardziej wyraziste oko. Smokey to jeden z najbardziej klasycznych makijaży i moim zdaniem pasuje większości kobiet. To też bardzo uniwersalny makijaż. U mnie dziś widzicie wersję z kolorem, ale wystarczy mała podmiana na brązy i makijaż będzie pasować do wszystkiego, pięknie podkreślać i powiększać oko.

Sądząc po wiadomościach czy komentarzach na instagramie, wiem jak wiele z Was unika czarnego cienia i uważa smokey za trudny makijaż. Wcale taki nie jest, choć oczywiście praca z czarnym cieniem rzeczywiście wymaga nieco większej uwagi. Łatwo przesadzić, łatwo przenieść cień za daleko i popsuć cały efekt. Jednak wierzcie mi, że wystarczy po prostu uważać nieco bardziej niż przy jasnych cieniach, a wszystko będzie w porządku. 



1. Zrobiłam brew, korektor i bazę nałożyłam mniej więcej do ruchomej powieki. Zacznijcie makijaż od oczu, jak widzicie nie mam nic pod okiem, bo po  co denerwować się osypującym się cieniem, zwłaszcza czarnym. Jeśli coś opadnie, wystarczy przetrzeć skórę płynem micelarnym.
Na ruchomej moją bazą jest czarna kredka z dwóch powodów. Po pierwsze w ten sposób dodatkowo podbijecie czarny cień, kolor będzie później głębszy i i bardziej intensywny, zwłaszcza w przypadku czerni o mniejszej pigmentacji. Po drugie kredką jesteście w stanie łatwiej i precyzyjniej określić położenie czarnego cienia, a to ułatwi Wam dalszą pracę. Wystarczy, że przy cieniu będziecie trzymać się granicy wyznaczonej kredką, a nie blendować na oko, zwłaszcza jeżeli nie macie jeszcze wprawy. 

Miękką kredką obrysujcie całą ruchomą powiekę. Nie przekraczajcie załamania. Dopiero małym pędzlem delikatnie rozetrzyjcie krawędź kredki. Jeśli macie opadającą powiekę, rozcierajcie na lekko otwartym oku, żeby mieć cały czas kontrolę nad tym gdzie kończy się czarny cień. W ten sposób możecie też lekko skorygować powiekę, jeśli opada bardziej w zewnętrznym kąciku, rozetrzyjcie kredkę nieco wyżej. 

2. Tu przyznaję, że na szybko zrobiłam błąd i malowałam pod siebie, tak jak robię to zazwyczaj. Chciałam wyciągnąć jak najwięcej koloru, więc nałożyłam go na mokrą bazę i blendowałam dopiero później. Jeżeli nie blendowałyście wcześniej na mokrych produktach, sprawia Wam to problem, dopiero zaczynacie i uczycie się rozcierać cienie, nie róbcie tego w ten sposób. Nałóżcie na bazę odrobinę beżowego cienia, od razu zacznijcie nakładać kolor blendując go nieco nad załamaniem i budujcie kolor dokładając stopniowo więcej cienia.


3. Jaśniejszym różem i bardziej puchatym pędzlem jeszcze raz rozblendujcie ciemniejszy kolor, nakładając go odrobinę wyżej. Przejście będzie łagodniejsze, a efekt całego oka bardziej przydymiony.

4. Płaskim, syntetycznym pędzlem wklepuję czarny cień na ruchomej powiece. Tylko na ruchomej do załamanie, nie nakładajcie go jeszcze wyżej tam gdzie blendowałyście kredkę. To co nałożycie tutaj wystarczy, żeby w następnym kroku go rozetrzeć.


5. Niewielkim, precyzyjnym pędzlem zacznijcie lekko rozcierać granice czarnego cienia. Nie spieszcie się, nie przeciągajcie go od razu zbyt wysoko i nie rozcierajcie ponad wcześniejsze roztarcie kredki. Poświęćcie chwilę na blendowanie, to klucz do udanego i przydymionego smokey eye. 

* Jeśli wybieracie wersję z brokatem, nałóżcie go na górną powiekę w tym momencie. Jeżeli coś się osypie, spokojnie będziecie mogły jeszcze oczyścić okolicę pod okiem. 

6. Górna powieka gotowa, więc przeszłam do makijażu twarzy, nałożyłam korektor pod oczy i wszystko przypudrowałam. Pamiętajcie, że tak ciemne makijaże są w stanie podkreślić wszystko. Jeśli decydujecie się na czarne smokey, zadbajcie o to, żeby dobrze wyrównać kolor cery, zatuszujcie niedoskonałości i dobrze przygotujcie okolicę pod oczami. 
Jeżeli boicie się osypu cieni z dolnej powieki, nałóżcie pod oczy nieco więcej pudru. Wszystko usuniecie później pędzlem. 

Czarną kredką obrysowałam oko. Nałożyłam ją też nieco poniżej linii rzęs i roztarłam tak samo jak w pierwszym roku. Dopiero na kredkę nałożyłam czarny cień. 


7. Ciemniejszym różem rozblendowałam czarny cień, całość łącząc z górną powieką. W razie potrzeby, możecie jeszcze małym pędzelkiem dołożyć czarnego cienia, żeby wszystko dobrze się połączyło. 

8. Co to za makijaż bez błysku? Zwłaszcza w sylwestra. Wewnętrzny kącik rozświetliłam bardzo błyszczącym pigmentem, przeciągnęłam go też lekko na dolną powiekę. Jeśli natomiast wolicie delikatniejszy efekt, rozświetlcie sam kącik błyszczącym cieniem lub rozświetlaczem, którego użyjecie na resztę twarzy. Rozświetliłam też lekko łuk brwiowy, dokleiłam rzęsy i gotowe ;)




Jeżeli dla Was, tak samo jak dla mnie matowa wersja to o wiele za mało, zwłaszcza dzisiaj, błyskotki aż się proszą o użycie. Kiedy jak nie dziś sięgnąć po brokat? 

Odrobinę kleju do brokatu nałóżcie na ruchomą powiekę, ja dodałam również trochę na dolnej powiece (nigdy nie jest za dużo). Na klej wklepcie brokat. Nakładajcie go na zamkniętym oku, pochylcie delikatnie głowę do przodu, żeby drobinki, które będą się ewentualnie osypywać, spadały w dół, a nie do oka. Po nałożeniu, przyklepcie go jeszcze delikatnie palcem, żeby na pewno dobrze się przykleił, luźne drobinki zostaną na palcu. 

Jeśli natomiast nie macie brokatu albo po prostu wolicie delikatniejszą wersję z błyskiem, zamiast niego nałóżcie na ruchomą powiekę błyszczący cień lub pigment.


Używajcie brokatów przeznaczonych do makijażu! Żadne chińskie wynalazki, grube brokaty ze sklepów papierniczych itd. Nie wiecie z czego są zrobione. Kosmetyczny brokat najwyżej lekko podrażni oko, tak jak choćby rzęsa. Grubym brokatem niewiadomego pochodzenia możecie zrobić sobie poważną krzywdę. To oczy i naprawdę nie jest warto tak ryzykować. 



Którą wersję wybieracie? Team mat czy team bling bling? ;) 


Bawcie się dziś dobrze i bezpiecznie! Szczęśliwego Nowego Roku <3


Copyright © 2017 Miss Lilith