Palety cieni Affect - Pure Passion, Evening Mood, Party All Night, Smoky and Shiny + Konkurs

18:59:00

Palety cieni Affect - Pure Passion, Evening Mood, Party All Night, Smoky and Shiny + Konkurs


Palet cieni nigdy dosyć, prawda? Zwłaszcza kolorowych, ciekawych i dobrej jakości, z którymi pracuje się z przyjemnością. Dziś chciałam Wam pokazać cztery takie palety polskiej marki Affect i już jestem ciekawa czy Wam spodobają się tak samo jak mi. 

Pure Passion jest ze mną już od około pół roku i to jedna z palet, po które sięgam zdecydowanie najczęściej. Niedawno dzięki Drogerii Pigment dołączyły do mnie kolejne trzy, równie dobre jakościowo i do tego w boskich kolorach, więc podejrzewam, że będą mi służyć tak samo często. Poza nimi mam jeszcze Provocation, czyli moją pierwszą paletę Affect, jednak nie pokazuję jej tutaj z tego względu, że jest już tak zużyta, że to nie miałoby sensu. 
W sumie palet sprawdziłam pięć i Affect robi to naprawdę dobrze za rozsądną cenę. Ja osobiście mam ochotę na więcej i mam nadzieję, że marka niedługo znowu zaskoczy jakąś paletą. 



Jakość, trwałość i pigmentacja 


Nie chciałabym się powtarzać przy każdej palecie, ponieważ pod tymi względami palety się dla mnie nie różnią i bez sensu będzie pisanie tego samego kilka razy. Affect swoimi paletami pokazało naprawdę bardzo dobrą jakość, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich cenę. 

Cienie matowe mają świetną pigmentację, pracuje się z nimi bardzo przyjemnie, blendują się z łatwością, każdy kolor zostaje na swoim miejscu i nawet łącząc ich ze sobą więcej, nie zdarzyła mi się sytuacja, żeby któryś z cieni zanikał przy rozcieraniu czy powstawała jedna, bliżej nieokreślona plama na powiece. Znaczna większość makijaży, które u mnie widzicie, jest malowana na mokrej bazie/korektorze i nawet w ten sposób maty Affect nie sprawiają mi problemów z blendowaniem. 

Maty są dość suche, lekko się pylą przy dotknięciu ich pędzlem w palecie, ale to nie jest ani nic dziwnego, ani tym bardziej złego przy matowych cieniach, zwłaszcza o takim pigmencie. Jednak wspominam, bo z tego co obserwuje po recenzjach niekoniecznie akurat tych palet, sporo osób z jakiegoś powodu zwraca na to uwagę. 
Nie zauważyłam natomiast, żeby cienie jakoś szczególnie osypywały się już przy nakładaniu na powiekę. Nakładając większą ilość coś się osypie, ale ja sobie na to po prostu świadomie pozwalam, bo oko maluję najpierw i oczyszczenie obszaru pod okiem nie jest żadnym problemem. Jednak malując "delikatniej", otrzepując lekko pędzel z nadmiaru cienia, nic nie powinno się osypywać. Jeśli sięgacie po ciemniejsze kolory, zawsze możecie też nałożyć pod oko odrobinę pudru i po skończonym makijażu wszystko usunąć. W każdym razie palety nie osypują się tak, żeby to mogło być problematyczne. 

Błyskotki, czyli to co lubimy najbardziej, prawda? No.. przynajmniej ja. W paletach Affect znajdziemy cienie foliowe, duochromy, cienie satynowe i perłowe z drobinkami. Wszystkie o delikatnie wilgotnej formule, która bardzo dobrze nakłada się zarówno płaskimi syntetycznymi pędzlami, jak i palcami. Równie dobrze napigmentowane, równomiernie się nakładają, nie zostawiają prześwitów. Świetnie wyglądają nałożone bezpośrednio na bazę i jako dodatek na matach, bardzo dobrze się ze sobą łączą. 

Trwałości również nie mam nic do zarzucenia. Najdłużej testowałam oczywiście Pure Passion, reszta jest dość nowa, ale zdążyłam kilka razy je ponosić i zarówno na bazie, jak i korektorze były w nienaruszonym stanie przez wiele godzin. 




Opakowanie

Bardzo lubię tego typu palety. Kartonowe, płaskie palety są bardzo lekkie i nie zajmują wiele miejsca, a to dla mnie duży plus. O ile bardzo lubię ciekawe i piękne opakowania kosmetyków, tak pod praktycznym względem jednak forma Affect bardzo mi odpowiada. Dla mnie też nie jest problemem brak lusterka i tak nigdy z nich nie korzystam, ale wiem, że dla wielu osób to może być minus. 
Jednak z drugiej strony, nawet gdybym go nie używała, chyba wolałabym, żeby w miejscu napisów znalazło się lusterko. Jakby rozumiem ich zamysł, ale jak dla mnie nie jest to ani potrzebne, ani nie dodaje palecie urody. Wyglądałoby to o wiele lepiej, gdyby w tym miejscu również była nadrukowana grafika z zewnętrznej strony. 

Nieco przeszkadza mi w nich też tylko to, że bardzo łatwo się brudzą, ale już nie jest tak łatwo je całkowicie wyczyścić. Oczywiście nie jest to niemożliwe, ale można się nastawić na to, że po dłuższym czasie i częstym użytkowaniu palety, nie będzie już wyglądała tak dobrze jak nowa. 


Cena i dostępność 

Markę Affect znajdziecie oczywiście w moim kochanym Pigmencie i kilku innych drogeriach internetowych. Te z Was, które są z Krakowa i okolic mają po prostu tyle szczęścia, że Pigment ma Affect także stacjonarnie i spokojnie można zerknąć na testery przed zakupem. 

Palety w cenie regularnej kosztują 97,99 zł, ale polecam Wam obserwować Pigment na instagramie lub facebooku, bo co jakiś czas pojawiają się duże obniżki albo na całą markę Affect, albo właśnie na palety i można je upolować za około 70 złotych. Za taką jakość, to naprawdę niewielka cena. 



Affect - Evening Mood

To dopiero kolory, co? Trzy przeeboskie błyskotki - różowy duochrom opalizujący na fiolet, na swatchu nie do końca udało mi się do uchwycić, ale na żywo pod różnymi kątami wygląda naprawdę pięknie, a do tego cudna jasna zieleń i intensywny pomarańcz, opalizujące na złoto. Takie kolory pewnie nie każdemu przypadną do gustu, ale przecież nie trzeba używać ich dużo, prawda? W lżejszej wersji świetnie sprawdzą się tylko do lekkiego kolorystycznego akcentu i ożywienia makijażu.
Bardzo spodobała mi się ta kompozycja. Jest coś żywszego, są też maty, którymi spokojnie można zmalować bardziej stonowany, ale jednak wciąż ciekawy makijaż. Na ten, który zrobiłam aż tak nie patrzcie, tak samo jak przy innych chciałam Wam pokazać możliwie dużo kolorów, tego jak się łączą i ze sobą współgrają, ale zajrzyjcie do mnie na instagram, na pewno będą pojawiać się też bardziej użytkowe makijaże z użyciem tej palety. 





Affect - Smoky & Shiny


Ciężko byłoby mi wybrać jedną ulubioną paletę z tej czwórki, ale minimalnie na prowadzenie wysuwa się u mnie właśnie ta. Nie pod względem jakości, bo tak jak już wspominałam wszystkie jakościowo są świetne, ale ta jest taka najbardziej "moja".

Pięć cieni matowych i pięć błyskotek pozwala stworzyć piękne i ciekawe smokey eye. Foliowe cienie dają piękne metaliczne wykończenie i świetnie komponują się z matami.
Jest jasny i neutralny brąz, który świetnie sprawdzi się jako cień transferowy przy mocniejszym makijażu ale również jako podstawowy, jeżeli sięgniemy po paletę do lżejszego, dziennego makijażu. Nie zawiodła mnie również czerń. Affect naprawdę robi to dobrze i czarny cień jest naprawdę czarny, a nie szarawy jak to się zdarza w wielu paletach czy pojedynczych cieniach. 
Kompozycja kolorów ogromnie mi się podoba, o jakości już pisałam na początku i tutaj nic się nie zmieniło, więc ta paleta na pewno będzie często gościć na moich oczach.






Affect - Party All Night


Imprezowa paleta? Nazwa jak najbardziej pasuje do zawartości. Ciekawe kolory i mieszanka cieni matowych, foliowych i perłowych na pewno pozwoli stworzyć szalony makijaż. Może niekoniecznie tak szalony jak mój poniżej, ale kolory w palecie tak mi się spodobały, że uznałam, że jakoś wcisnę w makijaż wszystkie.

Znalazł się tu też bardzo ciekawy cień. Fiolet PN-10, który na swatchu wygląda niemal matowo, na żywo tylko pod pewnymi kątami padania światła wygląda na delikatnie satynowy, ale formułą przypomina cienie foliowe czy perłowe z palet Affect. Ciekawy, piękny, intensywny, blenduje się tak samo dobrze jak maty, a na mokrej bazie nawet nieco łatwiej. Bardzo chętnie przygarnęłabym takich więcej w innych kolorach.
Nie da się też nie zwrócić uwagi na tak intensywny turkus i limonkę. Te kolory zdecydowanie wybijają się na główny plan w palecie i na pewno nie raz pojawią się w wiosennych makijażach.

Party all Nigdy traktowałabym jednak jako paletę uzupełniającą. O ile pozostałe trzy są dla mnie całkowicie samowystarczalne, tak tutaj czegoś mi jednak brakuje. Natomiast moim zdaniem świetnie będzie się komponować z Evening Mood. Kolory są w podobnych tonacjach, maty i błyskotki fajnie się dopełniają. Póki co malowałam używając każdej palety osobno, ale niedługo na pewno Wam pokażę jak się ze sobą łączą.




Affect - Pure Passion 


O tej palecie słyszał już chyba każdy. A przynajmniej każdy powinien, bo jest naprawdę rewelacyjna. Neutralne kolory, osiem matów, dwie błyskotki i genialna pigmentacja. To jedna z tych palet, które moim zdaniem naprawdę warto mieć. Kolorystyka nie jest ani zbyt ciepła, ani chłodna, będzie pasować do większości typów urody. Ode mnie też wielki plus za rewelacyjny czarny cień. Jest genialnie napigmentowany i naprawdę intensywnie czarny, przyda się zarówno do mocniejszego makijażu, ale można go także wykorzystać do kreski lub delikatniejszego przyciemnienia i zagęszczenia linii rzęs.
Idealna kompozycja do eleganckich makijaży okazjonalnych i ślubnych, dobrze sprawdzi się na co dzień i do mocniejszych, wieczorowych makijaży. Będzie też świetną bazą do innych, bardziej kolorowych palet.
Uwielbiam ją, sięgam po nią bardzo często i jeśli Wy też szukacie bardziej uniwersalnej palety, koniecznie zwróćcie na nią uwagę. Stosunek ceny do jakości jest rewelacyjny.

>> Affect Pure Passion - Trzy makijaże krok po kroku 





KONKURS

Jeszcze do północy 15.01 na instagramie aż trzy osoby mogą wygrać wybraną przez siebie paletę Affect w moim konkursie organizowanym z Drogerią Pigment. Do wyboru jest sześć palet, poza tymi, które Wam pokazałam, możecie wybrać jeszcze neutralną i matową Naturally Mat i delikatną Nude by Day. 
Zasady są bardzo proste, wystarczy tylko jeśli odpowiecie na jedno pytanie, więc zapraszam jeśli któraś paleta Was zainteresowała ;) 




Która paleta podoba się Wam najbardziej? Miałyście już okazję przetestować kosmetyki Affect?



Sylwestrowe smokey eye w dwóch wersjach krok po kroku

15:35:00

Sylwestrowe smokey eye w dwóch wersjach krok po kroku


Uwielbiam smokey eye. Od zawsze kochałam ciemne oczy i czarny cień, choć biorąc pod uwagę, że zaczęłam się malować bardzo wcześnie, jeszcze w czasach kiedy królował obrys czarną kredką, a dolna powieka totalnie nie istniała, bardzo się cieszę, że nigdy nie lubiłam zdjęć i nie ma zbyt wielu dowodów moich makijażowych zbrodni.  

Czasy się zmieniły, moje upodobania niekoniecznie, a sylwester to idealna okazja do tego, żeby zrobić mocniejsze i bardziej wyraziste oko. Smokey to jeden z najbardziej klasycznych makijaży i moim zdaniem pasuje większości kobiet. To też bardzo uniwersalny makijaż. U mnie dziś widzicie wersję z kolorem, ale wystarczy mała podmiana na brązy i makijaż będzie pasować do wszystkiego, pięknie podkreślać i powiększać oko.

Sądząc po wiadomościach czy komentarzach na instagramie, wiem jak wiele z Was unika czarnego cienia i uważa smokey za trudny makijaż. Wcale taki nie jest, choć oczywiście praca z czarnym cieniem rzeczywiście wymaga nieco większej uwagi. Łatwo przesadzić, łatwo przenieść cień za daleko i popsuć cały efekt. Jednak wierzcie mi, że wystarczy po prostu uważać nieco bardziej niż przy jasnych cieniach, a wszystko będzie w porządku. 



1. Zrobiłam brew, korektor i bazę nałożyłam mniej więcej do ruchomej powieki. Zacznijcie makijaż od oczu, jak widzicie nie mam nic pod okiem, bo po  co denerwować się osypującym się cieniem, zwłaszcza czarnym. Jeśli coś opadnie, wystarczy przetrzeć skórę płynem micelarnym.
Na ruchomej moją bazą jest czarna kredka z dwóch powodów. Po pierwsze w ten sposób dodatkowo podbijecie czarny cień, kolor będzie później głębszy i i bardziej intensywny, zwłaszcza w przypadku czerni o mniejszej pigmentacji. Po drugie kredką jesteście w stanie łatwiej i precyzyjniej określić położenie czarnego cienia, a to ułatwi Wam dalszą pracę. Wystarczy, że przy cieniu będziecie trzymać się granicy wyznaczonej kredką, a nie blendować na oko, zwłaszcza jeżeli nie macie jeszcze wprawy. 

Miękką kredką obrysujcie całą ruchomą powiekę. Nie przekraczajcie załamania. Dopiero małym pędzlem delikatnie rozetrzyjcie krawędź kredki. Jeśli macie opadającą powiekę, rozcierajcie na lekko otwartym oku, żeby mieć cały czas kontrolę nad tym gdzie kończy się czarny cień. W ten sposób możecie też lekko skorygować powiekę, jeśli opada bardziej w zewnętrznym kąciku, rozetrzyjcie kredkę nieco wyżej. 

2. Tu przyznaję, że na szybko zrobiłam błąd i malowałam pod siebie, tak jak robię to zazwyczaj. Chciałam wyciągnąć jak najwięcej koloru, więc nałożyłam go na mokrą bazę i blendowałam dopiero później. Jeżeli nie blendowałyście wcześniej na mokrych produktach, sprawia Wam to problem, dopiero zaczynacie i uczycie się rozcierać cienie, nie róbcie tego w ten sposób. Nałóżcie na bazę odrobinę beżowego cienia, od razu zacznijcie nakładać kolor blendując go nieco nad załamaniem i budujcie kolor dokładając stopniowo więcej cienia.


3. Jaśniejszym różem i bardziej puchatym pędzlem jeszcze raz rozblendujcie ciemniejszy kolor, nakładając go odrobinę wyżej. Przejście będzie łagodniejsze, a efekt całego oka bardziej przydymiony.

4. Płaskim, syntetycznym pędzlem wklepuję czarny cień na ruchomej powiece. Tylko na ruchomej do załamanie, nie nakładajcie go jeszcze wyżej tam gdzie blendowałyście kredkę. To co nałożycie tutaj wystarczy, żeby w następnym kroku go rozetrzeć.


5. Niewielkim, precyzyjnym pędzlem zacznijcie lekko rozcierać granice czarnego cienia. Nie spieszcie się, nie przeciągajcie go od razu zbyt wysoko i nie rozcierajcie ponad wcześniejsze roztarcie kredki. Poświęćcie chwilę na blendowanie, to klucz do udanego i przydymionego smokey eye. 

* Jeśli wybieracie wersję z brokatem, nałóżcie go na górną powiekę w tym momencie. Jeżeli coś się osypie, spokojnie będziecie mogły jeszcze oczyścić okolicę pod okiem. 

6. Górna powieka gotowa, więc przeszłam do makijażu twarzy, nałożyłam korektor pod oczy i wszystko przypudrowałam. Pamiętajcie, że tak ciemne makijaże są w stanie podkreślić wszystko. Jeśli decydujecie się na czarne smokey, zadbajcie o to, żeby dobrze wyrównać kolor cery, zatuszujcie niedoskonałości i dobrze przygotujcie okolicę pod oczami. 
Jeżeli boicie się osypu cieni z dolnej powieki, nałóżcie pod oczy nieco więcej pudru. Wszystko usuniecie później pędzlem. 

Czarną kredką obrysowałam oko. Nałożyłam ją też nieco poniżej linii rzęs i roztarłam tak samo jak w pierwszym roku. Dopiero na kredkę nałożyłam czarny cień. 


7. Ciemniejszym różem rozblendowałam czarny cień, całość łącząc z górną powieką. W razie potrzeby, możecie jeszcze małym pędzelkiem dołożyć czarnego cienia, żeby wszystko dobrze się połączyło. 

8. Co to za makijaż bez błysku? Zwłaszcza w sylwestra. Wewnętrzny kącik rozświetliłam bardzo błyszczącym pigmentem, przeciągnęłam go też lekko na dolną powiekę. Jeśli natomiast wolicie delikatniejszy efekt, rozświetlcie sam kącik błyszczącym cieniem lub rozświetlaczem, którego użyjecie na resztę twarzy. Rozświetliłam też lekko łuk brwiowy, dokleiłam rzęsy i gotowe ;)




Jeżeli dla Was, tak samo jak dla mnie matowa wersja to o wiele za mało, zwłaszcza dzisiaj, błyskotki aż się proszą o użycie. Kiedy jak nie dziś sięgnąć po brokat? 

Odrobinę kleju do brokatu nałóżcie na ruchomą powiekę, ja dodałam również trochę na dolnej powiece (nigdy nie jest za dużo). Na klej wklepcie brokat. Nakładajcie go na zamkniętym oku, pochylcie delikatnie głowę do przodu, żeby drobinki, które będą się ewentualnie osypywać, spadały w dół, a nie do oka. Po nałożeniu, przyklepcie go jeszcze delikatnie palcem, żeby na pewno dobrze się przykleił, luźne drobinki zostaną na palcu. 

Jeśli natomiast nie macie brokatu albo po prostu wolicie delikatniejszą wersję z błyskiem, zamiast niego nałóżcie na ruchomą powiekę błyszczący cień lub pigment.


Używajcie brokatów przeznaczonych do makijażu! Żadne chińskie wynalazki, grube brokaty ze sklepów papierniczych itd. Nie wiecie z czego są zrobione. Kosmetyczny brokat najwyżej lekko podrażni oko, tak jak choćby rzęsa. Grubym brokatem niewiadomego pochodzenia możecie zrobić sobie poważną krzywdę. To oczy i naprawdę nie jest warto tak ryzykować. 



Którą wersję wybieracie? Team mat czy team bling bling? ;) 


Bawcie się dziś dobrze i bezpiecznie! Szczęśliwego Nowego Roku <3


Szybki i prosty makijaż świąteczny krok po kroku

20:51:00

Szybki i prosty makijaż świąteczny krok po kroku



Już jutro Wigilia! Pocieszcie mnie i powiedzcie, że nie tylko mi jest ciężko uwierzyć, że to już. W tym roku tyle się działo i wszystko tak szybko minęło, że do końca roku przydałyby mi się jeszcze ze dwa miesiące. 

Z przygotowaniami może jestem w tyle, ale makijaż musi być, prawda? Jednak przyznaję, że kierowałam się głównie przygotowaniami przy makijażu. Mogłabym zrobić coś ekstra. Coś bardziej instagramowego, złożonego, coś co pewnie na zdjęciu podobałoby się Wam bardziej, tylko kto ma na to czas? O ile wyjeżdżacie na święta, pewnie nieco łatwiej zorganizować chwilę na makijaż, ale u siebie? Dlatego chciałam, żeby propozycja u mnie była bardzo szybka i dla każdego. Wystarczą Wam dwa pędzle, palec, cztery podstawowe cienie i minimalne umiejętności, a klasyczny i elegancki makijaż zawsze się sprawdzi. 


1. Powiekę przygotowałam jak zwykle. Nałożyłam jasny korektor, żeby wyrównać jej kolor i delikatnie przypudrowałam, żeby cienie łatwiej i szybciej się blendowały. Na gotową powiekę nałożyłam jasny, brązowy cień, dokładnie wszystko rozcierając, żeby powstała tylko lekka mgiełka koloru. Tak samo delikatnie przydymiłam dolną powiekę. 

2. Ciemniejszym brązem przyciemniłam przyciemniłam makijaż, nadając mu już odpowiedni kształt.


3. Myślałam nad klasyczną kreską, ale ta jednak zajmuje więcej czasu i wiem, że wiele z Was może mieć z nią problem, więc po co denerwować się w święta czy wyjdzie równo? Mimo wszystko chciałam dodać trochę charakteru i lepiej podkreślić oko.
Czarnym cieniem i małym pędzelkiem przyciemniłam linię rzęs i wyciągnęłam go delikatnie do zewnętrznej strony, tak jak malowałabym kreskę, tylko dodatkowo podkreślając też dolną powiekę. Natomiast jeśli nie czujecie się dobrze z czarnym i chcecie coś delikatniejszego, pomińcie ten krok lub zamiast czerni, wybierzcie ciemniejszy brąz.

4. W święta trzeba błyszczeć. Odrobina bling bling zawsze zrobi fajny efekt i nie potrzeba do tego ani żadnych umiejętności, ani czasu. Palcem nałożyłam błyszczący cień na ruchomą powiekę mniej więcej do połowy, rozświetliłam też wewnętrzny kącik i początek dolnej powieki.



5. Ostatni krok. Rozświetliłam łuk brwiowy, a na linię wodą nałożyłam jasnąm cielistą kredkę, żeby odświeżyć spojrzenie i otworzyć oko. Pozostało wytuszować rzęsy, ewentualnie dotkleić sztuczne i gotowe. Prawda, że szybko poszło?



Oko wyszło bardzo klasyczne, więc idealnie wpasuje się tu czerwona pomadka. Jest lepszy kolor na święta? Czerwona pomadka doda wyrazistości, zwróci uwagę i zawsze będzie wyglądać bardzo elegancko. Chyba, że tak ja ja jeszcze dorastacie do takich kolorów na ustach, zawsze możecie postawić na delikatniejszy odcień. Rozświetlone oko i cera zrobią efekt też bez wyrazistych ust. 

Lista kosmetyków 


TWARZ

  • Benefit Porefessional Base
  • Sinskin True Luminous Foundation
  • Nabla Close Up Concealer - Porcelain
  • Nabla Close Up Baking & Setting Powder 
  • Catrice Liquid Camouflage
  • Rrevolution Ultra Scoulp Contour Kit
  • Zoeva Basic Moment Blush Palette 

OCZY I BRWI

  • Too Faced Chocolate Gold Palette
  • Freedom Eyebrow Pomade - Ebony
  • Sminko rzęsy Bambi

USTA

  • Golden Rose Dream Lips Lipliner 517
  • Golden Rose Liquid Matte Lipstick 18



Wesołych Świąt! 



HULU - Najlepsze tanie pędzle do makijażu? + Mega konkurs!

17:12:00

HULU - Najlepsze tanie pędzle do makijażu? + Mega konkurs!


Nie mogę nazwać się wielką patriotką kosmetyczną, ale jeśli coś nie dość, że jest polskie, współtworzone przez polskich artystów i do tego świetnej jakości, to zawsze będę chętnie i przyjemnością to wspierać. 

Niewątpliwie jedną z takich właśnie marek jest Hulu. Są to polskie pędzle, głównym projektantem jest Daniel Sobieśniewki, którego osobiście bardzo podziwiam za to co robi i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się trafić do niego na szkolenie, a do tego te pędzle są w tak niskich cenach, że naprawdę każdy niewielkim kosztem może skompletować świetny zestaw. 

Aktualnie większość makijaży, które widzicie u mnie i na blogu, i przede wszystkim na instagramie, jest tworzona głównie przy ich użyciu, właśnie dlatego, że moim zdaniem należy się im większa uwaga. 


Przy kosmetykach czy akcesoriach do makijażu często zwracam uwagę na to czy są warte swojej ceny. W tym przypadku częściej zastanawiam się nad tym jak to możliwe, że pędzle tak dobrej jakości, również z naturalnego włosia mogą być tak tanie. I to również ma duży wpływ na moją ocenę nie tyle samych pędzli, co całej marki. Wiem, że mogłyby spokojnie kosztować więcej, nadal byłyby tego warte i chętnie kupowane, a mimo to marka postawiła na to, żeby profesjonalne pędzle, projektowane przez profesjonalnego i świetnego wizażystę, były dostępne dla każdego. Ode mnie za to ogromny plus, bo nie każdy może sobie pozwolić albo po prostu nie chce i nie potrzebuje drogich pędzli do codziennego makijażu.

Ceny pędzli do oczu wahają się między 10,99 zł a 18,99 zł. Pędzle do twarzy to koszt od 17,99 zł do 39,99 zł. Nie znajdziecie równie dobrych pędzli w takich cenach, a jeśli się Wam udało, dajcie mi koniecznie znać, bo aż jestem ciekawa ;)

Większość modeli, które Wam dziś pokażę, używam od około dziesięciu miesięcy i nadal są w stanie idealnym. Pędzle nie gubią włosia, odpowiednio myte, suszone w osłonkach i w przypadku naturalnych czasami potraktowane odżywką, nie odkształcają się, włoski nie odstają i nadal są tak samo przyjemnie i miękkie. 

Wszystkie pędzle znajdziecie między innymi w mojej ukochanej drogerii Pigment.



A teraz przejdźmy do konkretów. Opisałam Wam wszystkie modele, które mam, starałam się też napisać do czego sama używam poszczególnych pędzli, więc mam nadzieję, że pomoże Wam to przy zakupach. Koniecznie czytajcie do końca, żeby nie przegapić informacji o konkursie ;)

PĘDZLE HULU DO TWARZY



HULU P60 

Od razu przyznaję, że gdy pierwszy raz zobaczyłam ten pędzel, miałam nieco mieszane uczucia. Absolutnie nie ze względu na jakość, ta jest świetna, a włosie jest miękkie i przyjemne, bardziej przez ułożenie i gęstość włosia, jak na pędzel do konturowania. Wydawał mi się stanowczo zbyt duży i zbyt zbity, ale.. myliłam się. Kształt pędzla świetnie dopasowuje się do twarzy i wcale nie jest za duży. Bez problemu rozciera nawet mocniej napigmentowane kosmetyki, spokojnie mogę nim uzyskać i mocniejszy kontur i ten delikatniejszy codzienny. 
Cena: 39,99 zł - włosie syntetyczne

HULU P10 

Duży, puchaty pędzel do pudru. Baardzo mięciutki i przyjemny, włosie jest dość gęste, dzięki czemu puder osiada na nim, a nie marnuje się, chowając pomiędzy włoskami. Dobrze się sprawdza i to szybkiego, lekkiego omiatania twarzy pudrem i do mocniejszego przypudrowania, "wciśnięcia" produktu w te części twarzy, które potrzebują lepszego zmatowienia i utrwalenia.
Cena: 29,99 zł - włosie syntetyczne

HULU P4 

Mój kolejny ulubieniec do bronzera. Tego pędzla używałam na długo przed P60 i wciąż sięgam po niego bardzo często. Puchata, dość duża kulka pozwala bardzo łatwo i szybko wykonturować twarz, a włosie nie jest tak zbite jak w przypadku P60. Jeśli nie macie bardzo pewnej ręki, albo dopiero zaczynacie i obawiacie się, że przy bardziej gęstym włosiu mogą pojawić się plamy, to P4 będzie tą bezpieczniejszą opcją. 
Cena: 25,99 zł - włosie syntetyczne


HULU P24

Mniejsza i bardziej precyzyjna wersja pędzla P4. Uwielbiam do mocniejszego i bardziej precyzyjnego konturowania, sprawdza mi się również bardzo dobrze do rozcierania kremowych produktów
Cena: 27,99 zł - włosie syntetyczne



HULU P58

Mięciutka, spłaszczona kulka. Sama najczęściej używam tego pędzla do nakładania grubszej warstwy pudru pod oczami, jeśli maluję oczy już po nałożeniu podkładu i nie chcę, żeby coś mi się osypało. Świetnie sprawdza mi się też do konturowania zarówno kremowymi, jak i prasowanymi kosmetykami. 
Cena: 24,99 zł - włosie syntetyczne

HULU P70

Sama mam go od niedawna, ale od razu wskoczył na miejsce ulubieńca do nakładania rozświetlacza. Idealny kształt i wielkość, a naturalne włosie jest odpowiednio elastyczne, żeby dopasować się do kości policzkowych i pięknie rozprowadzić produkt. Ze względu na swój kształt i wielkość, spokojnie może posłużyć również do przypudrowania okolicy pod oczami.
Cena: 25,99 zł  - włosie naturalne

HULU P56

Kolejny ulubieniec do rozświetlacza, ale tym razem kremowego lub nakładanego na mokro. Gładkie, syntetyczne włosie dobrze go rozprowadza i tworzy piękną taflę na skórze. Oczywiście do suchych rozświetlaczy również się nada, ale syntetyczne włosie nabiera mniej produktu niż w przypadku pędzla P70, więc efekt będzie delikatniejszy. Ze względu na niewielki rozmiar, sprawdzi się też do przypudrowania okolicy pod oczami lub trudniej dostępnych skrzydełek nosa. 
Cena: 21,99 zł - włosie syntetyczne



PĘDZLE HULU DO OCZU



HULU P32

Ultra mięciutki pędzel do blendowania i znów jeden z moich ulubionych. Włosie jest świetnie wyprofilowane, tylko sam czubek dotyka powieki, reszta tworzy dookoła delikatną mgiełkę koloru. Ja najczęściej używam go już do wykończenia makijażu, dokładniejszego roztarcia granic makijażu, ze względu na bardzo delikatne włosie i jego kształt mogę spokojnie jeszcze raz rozetrzeć wszystkie kolory, bo wiem, że tylko lepiej je połączy, a nie naruszy w żaden sposób ich położenia. 
Cena: 14,99 zł - włosie naturalne

HULU P28

Płaski i dość zbity, naturalny pędzel do nakładania cieni, ze względu na kształt, u mnie głównie na dolną powiek. Ja bardzo lubię go używać też do mocniejszego przydymienia linii rzęs. Dzięki temu, że ma krótkie i zbite włosie, bardzo fajnie i precyzyjnie rozciera cienie i miękkie kredki.
Cena: 14,99 zł - włosie naturalne

HULU P42

Bardzo ciężko byłoby mi wybrać jednego absolutnego ulubieńca z pędzli HULU, ale P42 miałby zdecydowanie jedną z mocniejszych pozycji do tego tytułu. To niewielka, precyzyjna i baardzo mięciutka kulka z naturalnego włosia. Jeśli obserwujecie mnie na instagramie, to dobrze wiecie, że kocham czarny cień miłością ogromną i szczerą, bardzo często używam go do przyciemnienia zewnętrznego kącika, a w tym celu najczęściej sięgam właśnie po ten pędzel. Świetnie rozciera cienie, łączy kolory, z łatwością można nim budować ich głębie. Must have przy moich makijażach. 
Cena: 14,99 zł - włosie naturalne



HULU P36

Duży, puchaty pędzel do blendowania. Uwielbiam. Jest duży, dlatego najczęściej używam go na samym początku makijażu do jaśniejszych cieni transferowych. Pozwala bardzo szybko i łatwo uzyskać idealnie rozblendowaną mgiełkę koloru ponad załamaniem powieki. 
Cena: 14,99 zł - włosie naturalne

HULU P30

Mój kolejny must have. Rzadko zdarza mi się robić makijaż, przy którym nie sięgam po ten pędzel. Klasyczny, lekko spłaszczony ale i puchaty pędzel do rozcierania cieni. Idealny do blendowania w załamaniu powieki, łatwo budować nim też intensywność koloru, a przez spłaszczony kształt nadaje się też do wykończenia makijażu i jeszcze dokładniejszego roztarcia wszystkich granic. Do zdjęć, gdy mocniej się konturuję, używam go też czasami do konturowania nosa lub nałożenia na niego rozświetlacza. 
Cena: 14,99 zł - włosie naturalne

HULU P64

Okrągły pędzel do blendowania. Absolutny klasyk i kształt, który po prostu trzeba mieć. Dużo mniejszy od P36, bardziej precyzyjny, spokojnie można zrobić nim chmurkę koloru przy transferowych cieniach, dokładnie rozblendować i cieniować załamanie powieki, przez niewielki rozmiar idealnie nadaje się też do roztarcia cieni na dolnej powiece. 
Cena: 17,99zł - włosie naturalne

HULU P66

Malutki, spłaszczony pędzelek, idealny do niewielkich powierzchni. Sprawdzi się do blendowania dolnej powieki, zwłaszcza przy wewnętrznym kąciku, rozcierania granic makijażu, rozświetlenia łuku brwiowego i budowania intensywności kolorów. 
Cena: 17,99zł - włosie naturalne

HULU P62

Niewielki, spłaszczony pędzel do rozcierania. Ten kształt i dość krótkie włosie świetnie sprawdza się przy blendowaniu cieni/kredki przy linii rzęs zarówno na górnej, jak i dolnej powiece. Ja bardzo lubię taki efekt przydymienia, często używam czarnej kredki na linii wodnej i nie lubię, gdy jest mocno odcięta, więc najczęściej właśnie tym pędzlem delikatnie rozcieram ją w dół. Bardzo dobrze sprawdza się również do budowania koloru w załamaniu i zewnętrznej części powieki. 
Cena: 17,99zł - włosie naturalne

HULU P68

Malutki, bardzo precyzyjny pędzelek do rozcierania cieni. Dobrze wycięte włosie, odpowiednio długie, żeby pędzel był dość elastyczny do blendowania, ale jednocześnie zachowywał swoją precyzję.  Bardzo go lubię, świetnie nadaje się do łączenia większej ilości kolorów, budowania koloru i bardziej szczegółowego konkurowania załamania powieki. Ja bardzo często używam go przy cut crease, tworzę wtedy praktycznie nowe załamanie przy mojej opadającej powiece i tym pędzlem przychodzi to naprawdę z łatwością. 
Cena: 17,99zł - włosie naturalne


HULU P54 & HULU P44 

Na koniec mój duet idealny do brwi. Naprawdę idealny. Oba pędzle są niesamowicie precyzyjne, mają krótkie, odpowiednio elastyczne i ultra cieniutko zakończone włosie. P44 używam razem z pomadą, dzięki tak precyzyjnemu kształtowi wyrysowanie równych brwi jest bajecznie proste. Wiem, że u mnie widzicie najczęściej typowe insta brwi od linijki, ale absolutnie się tym nie sugerujcie. Nie noszę takich na co dzień, a ten pędzel pozwala nie tylko tak równo je wyrysować, ale i przede wszystkim uzyskać bardzo naturalny efekt. Dzięki temu jak jest cienko zakończony, można dorysować tylko pojedyncze włoski, żeby uzupełnić ewentualne luki, optycznie wypełnić i zagęścić brwi. Ten pędzel to must have i kosztuje tylko 11,99 zł!

Natomiast P54 używam najczęściej do wyrównania dolnej linii brwi korektorem. Też jest cieniutki, a przez to, że jest równo zakończony, łatwo odciąć nim prostą linię. Z tego względu sprawdzał mi się też przy cut crease. Jakby mimo wszystko wolę do tego bardziej zaokrąglone pędzle, ale z tym maluje się równie łatwo i szybko. Takie zakończenie świetnie sprawdza się też do "czyszczenia" makijażu. Wyrównanie kreski korektorem, wyostrzenie linii cieni w zewnętrznym kąciku, wyczyszczenie linii pod łukiem brwiowym i nałożenie tam rozświetlacza lub jasnego, beżowego cienia. Kolejny wielofunkcyjny must have za grosze. Cena 11,99 zł



KONKURS


Razem z marką Hulu przygotowaliśmy dla Was coś naprawdę świetnego. Na instagramie czeka na Was konkurs, w którym możecie wygrać wszystkie 35 modeli pędzli Hulu, o wartości około 750 złotych! Do tego mam też dodatkowe zestawy sześciu pędzli dla dwóch wyróżnionych osób.

Pędzle do wyróżnień wybierałam sama, widzicie je powyżej i na ostatnim zdjęciu. To jedne z moich ulubionych pędzli do makijażu oczu, po każdy z nich sięgam bardzo często i jestem pewna, że również Wam przypadną do gustu.

Zasady konkursu są banalnie proste, nie musicie też niczego udostępniać i wystarczy, że odpowiecie mi na krótkie pytanie. Wszystkie informacje znajdziecie oczywiście na moim instagramie, kliknijcie w link poniżej lub zdjęcie konkursowe, żeby dowiedzieć się więcej ;)

>> Konkurs HULU 




Pokazałam Wam wszystko co mam. Mam też nadzieję, że ułatwię Wam tym trochę wybór przy kompletowaniu własnego zestawu, a i od razu mogę zapewnić, że to nie koniec. Moja kolekcja też z czasem na pewno się powiększy, więc za kilka miesięcy spodziewajcie się kontynuacji z kolejnymi pędzlami Hulu, bo są tego warte. 

A teraz dajcie mi znać czy już ich próbowałyście? Jakie modele są Waszymi ulubionymi? ;)


Copyright © 2017 Miss Lilith