16:09:00

Co dobrego? #2 Berlin, zakupy, piosenka roku i seriale na zimowe wieczory



Marna ze mnie blogerka. Dopiero po powrocie z Berlina uświadomiłam sobie, że nie zrobiłam Wam kompletnie żadnych zdjęć. Co prawda te z Was, które obserwują mnie na instagramie i zerkały w tym czasie na moje instastory, miały relację z tego gdzie jestem, co robię i pokazywałam choćby DM czy Lush od środka, ale gdzie ja miałam głowę, że nie robiłam przy okazji zdjęć to ja nie wiem. Przed wyjazdem nawet specjalnie zwolniłam więcej miejsca na telefonie... Ale zrzucam to na naprawdę duże zabieganie, pośpiech i to, że kompletnie nie jestem przyzwyczajona do tego, żeby robić tam zdjęcia. 

Berlin zawsze był dla mnie jak drugi dom i bardzo ubolewam nad tym, że w ostatnim czasie mogę być tam tak rzadko. Na początku grudnia byłam tam zaledwie niecałe dwa dni. Prawie 650 kilometrów samochodem w jedną stronę dla kilku godzin spędzonych w tym mieście. Na miejscu byłam dopiero około 18, do domu wracałam już o 13 następnego dnia. Tak mało czasu, a dało mi tak dużo i za każdym razem jest warto tyle przejechać, żeby tam być. Dla tego krótkiego spotkania z przyjaciółmi, których widzę tak rzadko, dla odwiedzenia znajomych miejsc, dla cudownych jarmarków świątecznych. Nie zdążyłam zrobić bardzo wielu rzeczy, ale to miasto zawsze daje mi ogrom pozytywnej energii i uśmiech praktycznie nie schodził mi z twarzy. 

Dobrze, żeby nie było zbyt sentymentalnie, to muszę oczywiście wspomnieć też o sklepach ;) Wierzcie mi, gdybym miała możliwość, bez najmniejszego zawahania, pstryknięciem palca zamieniłabym u nas Rossmanna na DM. Mieszkając tam kilka lat, jeżdżąc regularnie odkąd skończyłam pięć czy sześć lat, rzadko zdarzało mi się robić zakupy w Rossmannie. 
Nie mogłam sobie też oczywiście odpuścić wstąpienia do Primarka i dopiero tam spotkało mnie mega zaskoczenie, bo pojawiła się w nim wyspa naszego Golden Rose. Niby nic, a jednak miło patrzeć na to jak nasze rodzime marki się rozwijają i coraz częściej wychodzą poza granice. A zainteresowanie z tego co widziałam było naprawdę bardzo duże. 

Ale co to by były za zakupy, gdybym nie wstąpiła do Lush. Jeśli jeszcze nie miałyście okazji być w tym sklepie, uwierzcie mi na słowo - idzie się do niego po zapachu. Już kilkanaście metrów przed wejściem czuć mieszankę tych wszystkich obłędnych zapachów. Lush to prawdziwy raj dla każdego miłośnika pięknych zapachów, pachnących kąpieli i naturalnej pielęgnacji. Takich zapachów nie znajdziecie nigdzie indziej, Lush jest tak bardzo charakterystyczny, że nie da się go podrobić. Do tego kosmetyki są ręcznie robione, nie testowane na zwierzętach, wegetariańskie lub część całkowicie wegańska. W żadnym innym sklepie nie spotykam też tak pozytywnej i uśmiechniętej obsługi. Ceny może nie są najmniejsze, ale moim zdaniem absolutnie adekwatne do tego co możemy tam dostać.  

Większość moich zakupów też pokazywałam Wam na instastory, było tego naprawdę dużo i na zdjęciach ciężko byłoby mi je pokazać, ale gdybyście chciały taki post z nowościami, to dajcie mi znać i może coś wymyślę. A jeśli nie, to myślę, że i tak większość produktów zobaczycie z czasem albo tu na blogu albo najszybciej na instagramie. Dlatego jeśli chcecie być na bieżąco i niczego nie przegapić, to jeśli tylko macie ochotę, zapraszam do obserwacji.

>> Instagram @misslilith 

Co dobrego w kosmetykach?

Dużo Wam dziś nie pokażę, ale ostatnie półtora miesiąca przebiegało głównie na kończeniu tego co już mogłyście u mnie widzieć, zwłaszcza w przypadku pielęgnacji. Za to w ostatnim czasie pojawiło się też u mnie trochę ciekawych nowości zarówno pielęgnacyjnych jak i do makijażu, więc mam nadzieję, że znajdę trochę perełek, które będzie warto tu zamieścić. 


Krem na noc Receptura 174 marki Make Me Bio pokazywałam już niedawno w osobnym poście, ale tu również musiał się znaleźć. Pomimo zapachu lawendy, którego już chyba nigdy nie polubię, krem sprawdził się naprawdę świetnie, nawet w okresie grzewczym, gdy moja cera jest o wiele bardziej wymagająca. Naprawdę dobrze nawilża i regeneruje, jest bardzo treściwy, a skład jest rewelacyjny. Mi się już niestety skończył jakiś czas temu, ale myślę, że kiedyś skuszę się jeszcze na coś nowego z tej serii.



Nowa linia kosmetyków marki AA Wings of Color zaciekawiła mnie od razu, jednak mimo to tak naprawdę nie spodziewałam się po niej wielkich fajerwerków. Natomiast okazało się, że podkład Perfect Beauty zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. 
Przede wszystkim ode mnie wielki plus za bardzo jasny odcień, który nie ciemnieje. Każda z Was, która ma jaśniejszą karnację doskonale wie jak ciężko jest znaleźć w drogerii bardzo jasny podkład, niewiele marek o bladziochach myśli, a AA wzięło to pod uwagę. Drugi plus za całkiem niezłe krycie już przy cienkiej warstwie. Podkład może nie poradzi sobie z dużymi niedoskonałościami, jednak nawet większe przebarwienia kryje u mnie bez problemu, jednocześnie wyglądając na twarzy bardzo naturalnie. Za taką cenę to bardzo dobry produkt i myślę, że jeszcze nie raz do niego wrócę.


Jak już pisałam Wam wyżej, jednym z głównych punktów mojego wyjazdu do Berlina był oczywiście Lush. A skoro Lush, to jako pierwsza do koszyka musiała trafić maska Mask of Magnaminty. Ja od maseczek jestem uzależniona i przyznaję się do tego bez bicia, a jednak mimo przetestowania naprawdę wielu opcji, do tej pory już od wielu lat nie udało mi się znaleźć takiej, która byłaby mi w stanie zastąpić właśnie tę z Lush. 
Maska genialnie oczyszcza, zwęża pory, rozjaśnia przebarwienia, nie podrażnia, delikatne drobinki przy okazji łagodnie peelingują w trakcie zmywania, a do tego bardzo przyjemnie chłodzi i odświeża skórę. 
Kosmetyki Lush są u nas bardzo ciężko dostępne, wysyłka z Niemiec czy UK nie należy do najtańszych, ale jeśli tylko kiedyś będziecie miały okazję coś zamówić lub zajrzeć do sklepu, koniecznie zwróćcie uwagę na Mask of Magnaminty. 


Ed Sheeran, Andrea Bocelli, Eminem i piosenka roku 2017


Piosenka "Perfect" Eda Sheerana uwielbiałam odkąd wyszedł i do tej pory nie sądziłam, że inne wykonanie mogłoby przebić oryginał. Jak bardzo się myliłam... To co nagrali Ed i Andrea Bocelli to po prostu mistrzostwo świata, a dla mnie ta symfoniczna wersja piosenki, którą już pewnie większość z Was zna doskonale, jest zdecydowanie utworem tego roku. Uwielbiam obu artystów, Andrea Bocelli to jeden z bardzo niewielu, którym udało się sprawić, że na koncercie płakałam, a w trakcie jego występu kilka lat temu w Krakowie wyłam jak bóbr. 
Ode mnie wielkie uznanie dla Eda za to, że zaprosił go do duetu. I cóż.. z całym szacunkiem do Beyonce, ale wersja "Perfect" z nią może się schować przy tym co stworzyli razem Sheeran i Bocelli. 

Jeśli jeszcze nie słyszałyście tego utworu, to niżej macie podlinkowany teledysk i serdecznie polecam wysłuchanie go w słuchawkach. 


Wyznacznikiem tego jak bardzo rozkochał mnie w sobie ten utwór jest również to, że przez niego nowa, świetna płyta Eminema "Revival" spadła u mnie na drugi plan, chociaż jeszcze dzień wcześniej męczyłam ją w kółko tak samo jak "Perfect". Zresztą i tutaj znalazł się Ed Sheeran w duecie z Eminemem w genialnym utworze "River"
Po części to zestawienie też trochę pokazuje mój zróżnicowany gust muzyczny. O ile moja dusza od zawsze była zdecydowanie bardziej rockowa, tak Eminema kocham od dziecka, uwielbiam też chodzić do opery, a Ed.. Eda przecież nie da się nie kochać ;)

Zakończenie roku, nowa płyta, dwa genialne duety, nie muszę chyba mówić jak bardzo rozpieszczona muzycznie byłam w ostatnich dniach. Świetne muzyczne zakończenie tego roku, świetny rok Sheerana i mam nadzieję, że kolejny będzie dla niego jeszcze lepszy. 


Co ostatnio oglądam?


Jeszcze nie tak dawno zapierałam się rękami i nogami przed tym, żeby po latach wrócić do Chirurgów, a jednak właśnie kończę już 6 sezon. I o ile ja nie jestem jakąś wielką fanką "życiowych" seriali czy książek, o ile nie są historyczne, tak Grey's Anatomy zadziwiająco potrafiło mnie wciągnąć. Choć po części to pewnie też dlatego, że cierpiałam ostatnio na brak długiego i na tyle luźnego serialu, który może lecieć mi w tle przy pracy, a ja i tak będę wiedziała co się dzieje. Swoją drogą jeśli znacie jakiś serial, który ma już sporo sezonów, wciąga, ale jest też w miarę luźny, to koniecznie dajcie mi znać ;)

The Crown był za to bardzo szybkim strzałem. Musiałam się na drugi sezon trochę naczekać i podobnie jak w przypadku Stranger Things, całość pochłonęłam w dwa dni po premierze. To naprawdę świetnie zrealizowany i dopracowany serial, a Netflix odwalił kawał dobrej roboty. Jeśli jeszcze go nie widziałyście, serdecznie polecam Wam się nim zainteresować. 


Przy okazji chciałam Wam jeszcze przypomnieć, że na instagramie do końca grudnia trwa drugie makijażowe wyzwanie. Tym razem temat na inspirację to okres zimowo - świąteczny, a więcej informacji znajdziecie we wpisie z podsumowaniem wyzwania inspirowanego bajkami Disneya. Jeśli macie ochotę pobawić się makijażem, to oczywiście namawiam i zapraszam do wzięcia udziału. Wszystkie Wasze prace udostępniam na moim instastory, a na początku stycznia pojawi się również podsumowanie na blogu i kolejny temat do zrealizowania ;)



BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z NOWYMI POSTAMI!

                        





INSTAGRAM @MISSLILITH

Copyright © 2017 Miss Lilith