16:21:00

Ulubieńcy roku 2016 : Pielęgnacja twarzy i ciała

Witam wszystkich w 2017 roku! Ja ten nowy rok rozpoczęłam już chyba tradycyjnie chorobą i stąd też wzięło się małe opóźnienie z postem, ale już dziś mam dla was pierwszą część ulubieńców roku 2016, a w niej kosmetyki pielęgnacyjne twarzy oraz ciała, które w ubiegłym roku sprawdziły się u mnie najlepiej. Ulubieńcy roku 2016 : Pielęgnacja twarzy i ciała





2016 rok minął mi zdecydowanie bardziej pod względem pielęgnacji niż makijażu. Przetestowałam masę produktów, na szczęście trafiając przy tym zaledwie na dwa lub trzy buble, więc tym ciężej było mi coś wybrać. Postawiłam na produkty, których jestem pewna, do których już wracałam albo na pewno jeszcze nie raz wrócę  i te, które najbardziej zapadły mi w pamięć. A w tym wszystkim znalazło się też moje absolutne uzależnienie, które w ubiegłym roku jeszcze bardziej się nasiliło.

Woda różana Bielenda. Nawilżający Super Power Mezo Tonik Bielenda.

Wszelkiego rodzaju toniki zawsze traktowałam po macoszemu. Ot taka woda w butelce, która niewiele albo nic nie robi, ale za to swoje kosztuje. Na obecną chwilę nie wyobrażam sobie swojej pielęgnacji bez toników. Wszystko zmieniło się za sprawą aktywnego toniku nawilżającego Bielendy. Super Power Mezo Tonik jest genialny i sama nawet nie wiem ile butelek zużyłam. Ten tonik naprawdę nawilża. W składzie znajdziemy kwas mlekowy, biomimetyczne peptydy Tripeptide-5 odpowiedziane za nawilżenie skóry przez zwiększenie wiązanie wody w skórze i kwas hialuronowy, który moja skóra uwielbia. Nawet po silnych maskach oczyszczających i peelingach, gdy cera jest ściągnięta, wystarczy mi ją przetrzeć wacikiem nasączonym w tym toniku, żeby stała się miękka, przyjemna w dotyku i ukojona. Po prostu cudo i na pewno w końcu napiszę o nim trochę więcej w osobnym poście.

Drugi produkt i również marki Bielenda, to nowość z serii różanej. Kojąca woda różana poza działaniem tonizującym również oczyszcza i usuwa makijaż. W to ostatnie średnio wierzyłam i kupiłam ją raczej do stosowania jako tonik, ale produkt naprawdę mnie zaskoczył. Jeden duży wacik i ten kosmetyk bez najmniejszego problemu pozwala mi usunąć nawet mocny makijaż oczu, w żaden sposób ich przy tym nie podrażniając. Do tego świetnie łagodzi, wygładza i odświeża skórę. Używam już drugą butelkę i na tym się pewnie nie skończy. 

Olejek różany do mycia twarzy Bielenda. Yum Yum Clenser Lemon Skin79

Kosmetyki do mycia oraz oczyszczania twarzy i tu znowu Bielenda. Ta marka naprawdę jest dla mnie jednym z największych, pozytywnych zaskoczeń ubiegłego roku. Z przyjemnością sięgam po ich kolejne nowości i ani raz mnie nie zawiodły. Nie inaczej było z Różanym olejkiem do mycia twarzy. To już moja druga butelka i uwielbiam ten produkt do porannej pielęgnacji. Bardzo delikatnie, ale jednocześnie skutecznie oczyszcza, zostawia skórę mięciutką i przyjemną w dotyku, a do tego ma śliczny różany zapach. 

Kolejny kosmetyk to stosunkowo niedawno kupiony produkt. Yum Yum Cleanser Lemon od Skin79 kusił mnie bardzo długo i w końcu kupiłam go w świetnej promocji. Z powątpiewaniem patrzyłam na jego ilość w słoiczku i z jeszcze większymi wątpliwościami przypominałam sobie opinie dziewczyn, mówiących o jego wydajności. Teraz wiem, że chyba jeszcze nie miałam kosmetyku, którego tak maleńka ilość byłaby w stanie oczyścić twarz i jednocześnie zmyć makijaż. Genialnie oczyszcza, zwęża pory, pozostawia skórę odświeżoną i rozjaśnioną. Zakochałam się w tym kosmetyku i przy kolejnym zakupie nawet regularna cena mnie nie odstraszy. 

Na zdjęciu zabrakło jeszcze jednego produktu, ale bez przemyślenia ostatnio wyrzuciłam butelkę i nie zdążyłam jeszcze kupić nowej. Mowa o  żelu Vichy Normaderm, który jest moim absolutnym ulubieńcem już od naprawdę wielu lat. Modlę się, żeby nigdy nie wycofali tego produktu, bo się załamię. Genialny, niesamowicie wydajny i niedrogi produkt. Pokazywałam go w ostatnim denku, więc zapraszam do linków niżej. 




Vita C Infusion Mincer Pharma. 100% Argan Beauty Oil Sculpt

Przy tym wyborze nie miałam absolutnie żadnych wątpliwości. Sculpt 100% Argan Beauty Oil towarzyszył mi przez cały ubiegły rok. Zarówno stosowany solo jak i pod krem, sprawdzał się genialnie. Wspaniale nawilżał i wygładzał skórę, podbijał działanie kremów i był niesamowicie wydajny. Stosowany w niewielkiej ilości sprawdzał się nawet na dzień pod makijaż. Jeśli tylko uda mi się go jeszcze kiedyś znaleźć w TK Maxxie, kupię bez wahania.

Nie miałam też wątpliwości przy wybraniu najlepszego kremu. Trochę mi się ich w ubiegłym roku przewinęło, ale to ten ostatni Vita C Infusion od Mincer Pharma sprawdził się najlepiej. A w połączeniu z olejkiem to już po prostu bajka. Świetny na noc, świetny na dzień, świetny jako maseczka przy grubszej warstwie na noc. Nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia i trafia na listę pewniaków, do których zawsze mogę wrócić. 





Koreańskie maseczki w płachcie.

Czas na największe uzależnienie i hit ubiegłego roku czyli azjatyckie maski w płachcie. Na zdjęciu to wyłącznie moje aktualne zapasy tych masek, tylko pojedyncze sztuki i tylko te, które upchnięte zmieściły mi się na stoliku do zdjęcia. Tych zużytych nie byłabym w stanie zliczyć. I nie byłabym w stanie wybrać z nich konkretnych ulubieńców. Przy dziesiątkach zużytych masek nie udało mi się trafić na choćby jedną, która się u mnie nie sprawdziła.  Najlepsze jest w tym wszystkim to, że ja naprawdę nie lubiłam tego typu maseczek. Zanim użyłam tych azjatyckich, wydawało mi się, że niewiele robią, w większości przypadków są źle wycięte, dość słabo nasączone i niewygodne w stosowaniu. Nasze maski w płachcie, choć zdarzają się wyjątki, dla mnie nie mają kompletnie nic wspólnego z azjatyckimi. Nawet w połowie nie działają tak dobrze i nie dziwię się, że mnie do siebie nie przekonały. Za to te to zupełnie inna bajka. Świetnie nawilżają, rozświetlają, rozjaśniają, wygładzają i odżywiają skórę. I mogłabym tak jeszcze długo wymieniać. Efekt po samym użyciu już jest świetny, a do tego utrzymuje się do kilku dni. Te maski są jedną z podstaw mojej pielęgnacji i absolutnie nie mam zamiaru się z tego uzależnienia leczyć. 

Największym zaskoczeniem były dla mnie maseczki Bioaqua z AliExpress. Nie mam zamiaru nikogo namawiać do próbowania, w tym przypadku to bardzo indywidualna sprawa czy się na nie zdecydujemy, ale ja jestem nimi zachwycona. Kosztują grosze i niczym nie odbiegają od droższych masek, dostępnych u nas. Ale pozostałe są również genialne. Uwielbiam maski Skin79, zarówno te podstawowe jak i ze zwierzakami, Holika Holika i zwłaszcza seria masek Juicy również bardzo często u mnie gości, a na dodatek obie te marki mam dostępne stacjonarnie w Drogerii Pigment. Maseczki Tony Moly również można dostać stacjonarnie w TK Maxx w bardzo fajnych cenach. Genialnie wypadły też niedawno przeze mnie testowane maski Afeleia Alligator Tears dostępne w sklepie internetowym WOW Cosme, tak długiej listy naturalnych ekstraktów i wyciągów w składzie jak w przypadku tych masek naprawdę dawno nie widziałam.

Jeśli jeszcze któraś z was nie zna azjatyckich masek w płachcie, koniecznie wypróbujcie. W tym roku będę nadrabiać maseczkowe posty na blogu, ale zapraszam was też do śledzenia mojego instagrama. Tam zawsze pojawiają się wszystkie nowości i zdjęcia maseczek.


maseczki do twarzy

I dalej temat maseczek. Co ja poradzę, że je tak uwielbiam? Kupne, domowe, glinki, algi. Kocham maseczki i nic z tym nie zrobię. 
Jednymi z ulubionych w ubiegłym roku były maski Bielendy z serii Carbo Detox. Bardzo często wracam też do maseczek 7th Heaven, zwłaszcza czekoladowych i truskawkowej, które pachną po prostu obłędnie. Świetna okazała się też bąbelkująca maseczka Bioaqua, nie tylko efekt piany jest genialny, ale też bardzo dobrze oczyszcza i odświeża skórę. Na zdjęciu zabrakło jednej z ważniejszych masek, ale nie mam pojęcia gdzie ją posiałam przy ostatnich porządkach w kosmetykach. Czarną maseczkę peel-off Shills z AliExpress pokazywałam wam już w marcu w jednym z pierwszych postów na blogu. Już wtedy powiedziałam, że kwalifikuje się dla mnie do ulubieńców roku i nie pomyliłam się. Zużyłam już kilka tubek i kolejne na pewno przede mną. Po porządnej parówce wyciąga z twarzy wszystko poza tymi najgłębiej siedzącymi w skórze zaskórnikami. Żadne plastry na nos jej nie dorównują i choć zrywanie jej to małe tortury, jest tego warta. 






Olejki do ciała Kneipp. Mus do ciała Bioamare. Balsamy w sprayu Vaseline

Na koniec trochę pielęgnacji ciała. Balsamowanie nie jest i już chyba nigdy nie będzie moją ulubioną czynnością pielęgnacyjną, więc kosmetyki, które przekonają mnie do tego, żebym po nie sięgała muszą być naprawdę dobre.
Olejki do ciała Kneipp uwielbiam i zawsze chętnie do nich wracam. Cudownie pachną, szybko się wchłaniają, świetnie nawilżają, a używanie ich to dla mnie zawsze sama przyjemność. 
Bardzo dobre okazały się też balsamy w spray'u Vaseline. Dla takiego leniwca jak ja, któremu nie chce się używać balsamów to świetna opcja. Aplikują się szybko i jeszcze szybciej się wchłaniają. Na ich użycie chyba nigdy nie poświęciłam więcej niż dwie minuty, a przy tym naprawdę fajnie nawilżają moją niezbyt wymagającą skórę. 
Ostatni to kosmetyk do zadań specjalnych. W 100% organiczny mus do ciała Bioamare o wprost obłędnym zapachu. To jeden z tych kosmetyków, które ma się ochotę bardziej wyjadać łyżeczką prosto z opakowania, a nie nakładać na ciało. Bioamare jest marką tego samego producenta do Nacomi, zarówno opakowania jak i składy są niemal identyczne, więc jeśli znacie musy Nacomi, pewnie wiecie o jakich genialnych zapachach mówię. A poza zapachem, niesamowicie nawilża i odżywia skórę. To kosmetyk, po który sięgam, gdy moja skóra potrzebuje więcej uwagi. Ze względu na same oleje i masło shea w składzie, nieco dłużej się wchłania, ale przy jego działaniu nawet nie zwracam na to uwagi. 






I to wszystko w pierwszej części ulubieńców roku 2016. Kolejna pojawi się w sobotę, a w niej znajdziecie odrobinę kolorówki, perfumy, peelingi, produkty do włosów, paznokci i kilka gadżetów. 

A dziś koniecznie dajcie mi znać czy używałyście jakieś kosmetyki z mojej listy ulubieńców, a jeśli tak to czy przypadły wam do gustu tak samo jak mi ;)

INSTAGRAM @MISSLILITH

Copyright © 2017 Miss Lilith